Czasami tłumaczę książki… informatyczne. Na zdjęciu mój dotychczasowy dorobek – większość tytułów jest reprezentowana podwójnie, ponieważ wydawnictwo w swojej uprzejmości na zakończenie wysyła mi egzemplarz autorski (a skoro o tytułach mowa, akurat na ten element nie zawsze mam decydujący wpływ).
W tej chwili pracuję nad książką o App Engine (http://www.essentialappengine.com/). Tłumaczenie to dla mnie dodatkowa praca, którą w trakcie z reguły z całego serca przeklinam (w ostatnią sobotę, dzięki tłumaczeniu do północy, zamiast bawić się w mieście, rozmawiałam ze strażakami gaszącymi pożar w mojej kamienicy – winą tłumaczenia jest, rzecz jasna, moja obecność w danym miejscu o danej porze, a nie wspomniany pożar). Pierwszą książkę przetłumaczyłam, będąc na studiach doktoranckich, zaraz po ukończeniu poznańskiej Szkoły Tłumaczy i Języków Obcych (polecam każdemu głodnemu wiedzy przyszłemu tłumaczowi, który jest skłonny na dwa lata zrezygnować z weekendów). Uznałam, że jest to idealne zestawienie: nie zapomnę języka, dowiem się nowych rzeczy ze swojej dziedziny, a do tego zarobię całkiem przyzwoitą kasę. Tak rzeczywiście było.
Obecnie nie powinnam tego robić – mam dobrą, stałą, ciekawą i rozwijającą pracę. A jednak… daję się podejść! Mechanizm kuszenia jest dość prosty: redaktor B. co pewien czas wysyła mi spersonalizowane zestawy książek, pytając, czy któraś z nich przypadkiem mnie nie interesuje. Za którymś razem okazuje się, że nie pamiętam już trudu i znoju towarzyszącego pracy nad takim dziełem i kolejny raz mówię sobie, że jeśli tak dokładnie wniknę w treść podręcznika, będę wymiatać w nowej technologii. Potem jest płacz i zgrzytanie zębów… I ten jeden moment chwały (no dobra, jeden z dwóch, niech będzie że wypłata 80% całości po oddaniu ostatniego rozdziału też jest przyjemna), kiedy odpakowuję nowiutką książkę… Nauczyłam się już ich nie otwierać, po tym, jak za pierwszym razem bezbłędnie trafiłam na jedyną chyba w książce literówkę, która uszła uwadze korekty.
Skąd wynurzenia o tłumaczeniach? Powody są dwa. Pierwszy jest taki, że dość niedawno wydawnictwo zmieniło tak zwaną “strategię” – teraz zwracam się do czytelnika na “ty”. O ile wiele razy wydawało mi się, że przekształcanie bezpośednich tekstów amerykańskich autorów na grzecznościowe polskie zwroty jest udręką, to w obecnej sytuacji w pełnej krasie objawiły się problemy, których wcześniej nie spodziewałam. O nich zaraz.
Drugi powód to fejs-zbukowe narzekania znajomego na tłumaczenie którejś z części Millenium Larssona. Otóż na tylnej okładce podobno wydanej po polsku książki pojawiają się słowa “outsiderka” i “researcherka”. Kolega zastanawiał się nad złożeniem reklamacji, niektórzy stanęli w obronie tłumacza, pisząc, że “zasysanie” słów z obcych języków jest procesem naturalnym. Chciałabym podzielić się tutaj opinią, którą wcześniej wyraziłam w komentarzu do tej historii: tendencja do zasysania obcych słów jest usprawiedliwiona, o ile słowo o danym znaczeniu nie istnieje już w języku polskim. W przeciwnym razie to zwykłe pójście na łatwiznę, niedopuszczalne zwłaszcza w wykonaniu tłumacza, czyli osoby profesjonalnie zajmującej się językiem. Inna sprawa, że wiem z doświadczenia, jak szybko trzeba tłumaczyć popularne książki.
W ramach wątku pobocznego, ale nadal w nawiązaniu do dyskusji na temat “Millenium” – nie każde obco brzmiące słowo jest kalką lub zapożyczeniem z innego języka. Przywoływany przez kogoś słowo prysznic tylko brzmi po niemiecku – to polskie określenie, pochodzące od nazwiska Vincenta Priessnitza, twórcy wodolecznictwa.
W informatyce angielskie słownictwo jest wszechobecne i obezwładniające. Zgadzam się, że wymyślanie na siłę narodowych odpowiedników jest kompletnie bez sensu. Zdarza mi się, choć nie jestem z tego dumna, używać (W MOWIE) słów takich jak “zakomitować”, “dump” albo “timeout”. Poddałam się ostatno na słowie “framework”, z którym kiedyś jeszcze próbowałam się szarpać. A jednak wiele wprowadzanych w ten sposób słów ma poprawne i zrozumiałe wersje polskie. Nie toleruję pluginów (wolę wtyczki), use case’ów (przypadki użycia), forków (rozwidlenia)… Załamuje mnie “diagram kolaboracji” (współpracy, u licha! okupacja za nami). Dla tych, którzy w tej chwili przyrzekają, że nigdy nie tkną moich tłumaczeń: zawsze podaję wersję oryginalną, która ma ułatwić odnalezienie się osobie, która wcześniej czytała oryginalną dokumentację.
Wracając do “researcherki” (riserczerki może) – osobną kwestią są dla mnie żeńskie wersje nazw zawodów. Z CAŁEGO SERCA NIENAWIDZĘ ŻEŃSKICH KOŃCÓWEK W NAZWACH ZAWODÓW! Nie rozumiem kompletnie kobiet, które się o nie upominają. Dla mnie lekarz to lekarz, nie ma znaczenia jego płeć, tylko kompetencje i, na bliskim drugim miejscu, styl bycia i szacunek do pacjenta. Czym się różni “pisarka” od “pisarza” – pisarz tworzy literaturę, a pisarka powieści dla pensjonarek? Jakie znaczenie ma tutaj płeć?! Sprawę w moim odczuciu dodatkowo pogarsza to, że żeńskie końcówki często brzmią jak zdrobnienia, mniej poważne wersje pracy, którą wykonują mężczyźni. Nie chcę, nie potrzebuję. A co do “niższych rangą” zawodów, których główna nazwa tradycyjnie ma formę żeńską (sprzątaczka, niania) – co za problem. Wykonujący te prace mężczyźni w końcu będą musieli jakoś się nazywać. “Utrzymanek” ma się tak samo dobrze jak “utrzymanka”
Zresztą, problem nie leży w samym rodzaju gramatycznym. Połowa humoru w filmie Poznaj mojego tatę oscylowała wokół “male nurse”, a nie ma tu przecież żadnej żeńskiej końcówki.
Dlaczego napisałam wcześniej, że problemem okazały się bezpośrednie zwroty do czytelnika? Otóż największy kłopot leży w formach czasu przeszłego i trybu przypuszczającego, które w języku polskim ujawniają rodzaj. Wszystkie sformułowania typu “if you removed line 3″ stają się koszmarem. Jeśli posiłkuję się słowem “czytelnik”, sam wyraz wymusza rodzaj i wszystko jest w porządku. Zwracając się do odbiorcy bezpośrednio mam problem. Jasne, można kombinować, ale gdy autor w co drugim zdaniu używa takich zwrotów, po chwili staje się to męczące dla obu stron (tłumacz/czytelnik, autora zostawmy w spokoju). W niektórych angielskojęzycznych książkach “programmer” to “she” (pomijając wyśmiewaną w Polsce, nie wiem dlaczego, cla mnie całkowicie neutralną formę “they”, stosowaną w przypadku, gdy nie znamy czyjejś płci – bez przerwy obecną np. w amerykańskich serialach). Po polsku, moim zdaniem, to by nie przeszło. W naszym języku żeńskie formy są bardzo silnie nacechowane. Wydaje mi się, że gdybym zaczęła zwracać się do czytającego książkę programisty lub studenta “jeśli miałaś kiedyś do czynienia z usługami sieciowymi”, to wprawiłabym w konsternację przedstawicieli obu płci. Techniczna książka ma się czytać płynnie i bezproblemowo. Chociaż kto wie, może następnym razem podejmę taką próbę? Tyle że obiecuję sobie właśnie, że nie będzie już następnego razu!
Na koniec chciałabym przytoczyć anegdotę związaną z pewnym paskudnym kawałkiem kliszy, na który dawno temu natknęłam się w tłumaczonej przez siebie książce. Zdarza się (wcale nie tak rzadko), że wydawane w USA książki zawierają pewne drobne błędy merytoryczne: kod, który się nie skompiluje, interfejs nazwany klasą, odwrócone znaczenie przeciwstawnych opcji. Jako tłumacz mam prawo (i powinność) poprawiać takie rzeczy. No więc owego dnia natknęłam się na następujący przykład:
var jack = {
read: function(what) {
console.log('I just read that ' + what)
}
};
var jill = {
read: function(what) {
console.log('You didn\'t hear it from me, but ' + what)
}
};
Czyli – mężczyźni zajmują się czytaniem, kobiety zajmują się plotkami… I tu muszę oddać hołd mojemu redaktorowi. Zapytany, czy mogę sprowadzić te dwie osoby do jednej płci (wydawnictwo woli spolszczać imiona w przykładach) odparł, że jeśli mi zależy, to mogę nawet je odwrócić
Tak zrobiłam, ale z paru innych powodów uważam to akurat tłumaczenie za jedno z najmniej udanych.
Jeśli komuś mało w temacie tłumaczeń, w ramach pół-inteligentnej rozrywki, polecam sprawdzenie, jak w różnych krajach potocznie nazywa się znak @ (“małpa”).




