Archive | February, 2012

Literatura informatyczna. Parę chaotycznych uwag na temat tłumaczeń

27 Feb

(click here for English version of this post: Computer Science Literature. A Few Remarks on IT Books Translation)

Czasami tłumaczę książki… informatyczne. Na zdjęciu mój dotychczasowy dorobek – większość tytułów jest reprezentowana podwójnie, ponieważ wydawnictwo w swojej uprzejmości na zakończenie wysyła mi egzemplarz autorski (a skoro o tytułach mowa, akurat na ten element nie zawsze mam decydujący wpływ).

W tej chwili pracuję nad książką o App Engine (http://www.essentialappengine.com/). Tłumaczenie to dla mnie dodatkowa praca, którą w trakcie z reguły z całego serca przeklinam (w ostatnią sobotę, dzięki tłumaczeniu do północy, zamiast bawić się w mieście, rozmawiałam ze strażakami gaszącymi pożar w mojej kamienicy – winą tłumaczenia jest, rzecz jasna, moja obecność w danym miejscu o danej porze, a nie wspomniany pożar). Pierwszą książkę przetłumaczyłam, będąc na studiach doktoranckich, zaraz po ukończeniu poznańskiej Szkoły Tłumaczy i Języków Obcych (polecam każdemu głodnemu wiedzy przyszłemu tłumaczowi, który jest skłonny na dwa lata zrezygnować z weekendów). Uznałam, że jest to idealne zestawienie: nie zapomnę języka, dowiem się nowych rzeczy ze swojej dziedziny, a do tego zarobię całkiem przyzwoitą kasę. Tak rzeczywiście było.

Tłumaczenia i oryginały

Obecnie nie powinnam tego robić – mam dobrą, stałą, ciekawą i rozwijającą pracę. A jednak… daję się podejść! Mechanizm kuszenia jest dość prosty: redaktor B. co pewien czas wysyła mi spersonalizowane zestawy książek, pytając, czy któraś z nich przypadkiem mnie nie interesuje. Za którymś razem okazuje się, że nie pamiętam już trudu i znoju towarzyszącego pracy nad takim dziełem i kolejny raz mówię sobie, że jeśli tak dokładnie wniknę w treść podręcznika, będę wymiatać w nowej technologii. Potem jest płacz i zgrzytanie zębów… I ten jeden moment chwały (no dobra, jeden z dwóch, niech będzie że wypłata 80% całości po oddaniu ostatniego rozdziału też jest przyjemna), kiedy odpakowuję nowiutką książkę… Nauczyłam się już ich nie otwierać, po tym, jak za pierwszym razem bezbłędnie trafiłam na jedyną chyba w książce literówkę, która uszła uwadze korekty.

Skąd wynurzenia o tłumaczeniach? Powody są dwa. Pierwszy jest taki, że dość niedawno wydawnictwo zmieniło tak zwaną “strategię” – teraz zwracam się do czytelnika na “ty”. O ile wiele razy wydawało mi się, że przekształcanie bezpośednich tekstów amerykańskich autorów na grzecznościowe polskie zwroty jest udręką, to w obecnej sytuacji w pełnej krasie objawiły się problemy, których wcześniej nie spodziewałam. O nich zaraz.

Drugi powód to fejs-zbukowe narzekania znajomego na tłumaczenie którejś z części Millenium Larssona. Otóż na tylnej okładce podobno wydanej po polsku książki pojawiają się słowa “outsiderka” i “researcherka”. Kolega zastanawiał się nad złożeniem reklamacji, niektórzy stanęli w obronie tłumacza, pisząc, że “zasysanie” słów z obcych języków jest procesem naturalnym. Chciałabym podzielić się tutaj opinią, którą wcześniej wyraziłam w komentarzu do tej historii: tendencja do zasysania obcych słów jest usprawiedliwiona, o ile słowo o danym znaczeniu nie istnieje już w języku polskim. W przeciwnym razie to zwykłe pójście na łatwiznę, niedopuszczalne zwłaszcza w wykonaniu tłumacza, czyli osoby profesjonalnie zajmującej się językiem. Inna sprawa, że wiem z doświadczenia, jak szybko trzeba tłumaczyć popularne książki.

W ramach wątku pobocznego, ale nadal w nawiązaniu do dyskusji na temat “Millenium” – nie każde obco brzmiące słowo jest kalką lub zapożyczeniem z innego języka. Przywoływany przez kogoś słowo prysznic tylko brzmi po niemiecku – to polskie określenie, pochodzące od nazwiska Vincenta Priessnitza, twórcy wodolecznictwa.

W informatyce angielskie słownictwo jest wszechobecne i obezwładniające. Zgadzam się, że wymyślanie na siłę narodowych odpowiedników jest kompletnie bez sensu. Zdarza mi się, choć nie jestem z tego dumna, używać (W MOWIE) słów takich jak “zakomitować”, “dump” albo “timeout”. Poddałam się ostatno na słowie “framework”, z którym kiedyś jeszcze próbowałam się szarpać. A jednak wiele wprowadzanych w ten sposób słów ma poprawne i zrozumiałe wersje polskie. Nie toleruję pluginów (wolę wtyczki), use case’ów (przypadki użycia), forków (rozwidlenia)… Załamuje mnie “diagram kolaboracji” (współpracy, u licha! okupacja za nami). Dla tych, którzy w tej chwili przyrzekają, że nigdy nie tkną moich tłumaczeń: zawsze podaję wersję oryginalną, która ma ułatwić odnalezienie się osobie, która wcześniej czytała oryginalną dokumentację.

Wracając do “researcherki” (riserczerki może) – osobną kwestią są dla mnie żeńskie wersje nazw zawodów. Z CAŁEGO SERCA NIENAWIDZĘ ŻEŃSKICH KOŃCÓWEK W NAZWACH ZAWODÓW! Nie rozumiem kompletnie kobiet, które się o nie upominają. Dla mnie lekarz to lekarz, nie ma znaczenia jego płeć, tylko kompetencje i, na bliskim drugim miejscu, styl bycia i szacunek do pacjenta. Czym się różni “pisarka” od “pisarza” – pisarz tworzy literaturę, a pisarka powieści dla pensjonarek? Jakie znaczenie ma tutaj płeć?! Sprawę w moim odczuciu dodatkowo pogarsza to, że żeńskie końcówki często brzmią jak zdrobnienia, mniej poważne wersje pracy, którą wykonują mężczyźni. Nie chcę, nie potrzebuję. A co do “niższych rangą” zawodów, których główna nazwa tradycyjnie ma formę żeńską (sprzątaczka, niania) – co za problem. Wykonujący te prace mężczyźni w końcu będą musieli jakoś się nazywać. “Utrzymanek” ma się tak samo dobrze jak “utrzymanka” ;) Zresztą, problem nie leży w samym rodzaju gramatycznym. Połowa humoru w filmie Poznaj mojego tatę oscylowała wokół “male nurse”, a nie ma tu przecież żadnej żeńskiej końcówki.

Dlaczego napisałam wcześniej, że problemem okazały się bezpośrednie zwroty do czytelnika? Otóż największy kłopot leży w formach czasu przeszłego i trybu przypuszczającego, które w języku polskim ujawniają rodzaj. Wszystkie sformułowania typu “if you removed line 3″ stają się koszmarem. Jeśli posiłkuję się słowem “czytelnik”, sam wyraz wymusza rodzaj i wszystko jest w porządku. Zwracając się do odbiorcy bezpośrednio mam problem. Jasne, można kombinować, ale gdy autor w co drugim zdaniu używa takich zwrotów, po chwili staje się to męczące dla obu stron (tłumacz/czytelnik, autora zostawmy w spokoju). W niektórych angielskojęzycznych książkach “programmer” to “she” (pomijając wyśmiewaną w Polsce, nie wiem dlaczego, cla mnie całkowicie neutralną formę “they”, stosowaną w przypadku, gdy nie znamy czyjejś płci – bez przerwy obecną np. w amerykańskich serialach). Po polsku, moim zdaniem, to by nie przeszło. W naszym języku żeńskie formy są bardzo silnie nacechowane. Wydaje mi się, że gdybym zaczęła zwracać się do czytającego książkę programisty lub studenta “jeśli miałaś kiedyś do czynienia z usługami sieciowymi”, to wprawiłabym w konsternację przedstawicieli obu płci. Techniczna książka ma się czytać płynnie i bezproblemowo. Chociaż kto wie, może następnym razem podejmę taką próbę? Tyle że obiecuję sobie właśnie, że nie będzie już następnego razu!

Na koniec chciałabym przytoczyć anegdotę związaną z pewnym paskudnym kawałkiem kliszy, na który dawno temu natknęłam się w tłumaczonej przez siebie książce. Zdarza się (wcale nie tak rzadko), że wydawane w USA książki zawierają pewne drobne błędy merytoryczne: kod, który się nie skompiluje, interfejs nazwany klasą, odwrócone znaczenie przeciwstawnych opcji. Jako tłumacz mam prawo (i powinność) poprawiać takie rzeczy. No więc owego dnia natknęłam się na następujący przykład:

var jack = {
  read: function(what) {
    console.log('I just read that ' + what)
  }
};
var jill = {
  read: function(what) {
    console.log('You didn\'t hear it from me, but ' + what)
  }
};

Czyli – mężczyźni zajmują się czytaniem, kobiety zajmują się plotkami… I tu muszę oddać hołd mojemu redaktorowi. Zapytany, czy mogę sprowadzić te dwie osoby do jednej płci (wydawnictwo woli spolszczać imiona w przykładach) odparł, że jeśli mi zależy, to mogę nawet je odwrócić ;) Tak zrobiłam, ale z paru innych powodów uważam to akurat tłumaczenie za jedno z najmniej udanych.

Jeśli komuś mało w temacie tłumaczeń, w ramach pół-inteligentnej rozrywki, polecam sprawdzenie, jak w różnych krajach potocznie nazywa się znak @ (“małpa”).

My Neighbours, or Why Suddenly I Am Dreaming about a (Barbed Wire Surrounded) House in the Suburbs

7 Feb

(po polsku: Moi sąsiedzi, czyli dlaczego marzę o domku na obrzeżach miasta (otoczonym drutem kolczastym))

My dear English-speaking “followers”, you might already have seen this very long post in a language you do not understand. Well, here comes the English version. It is long too… But has some cool pictures in it!

I have not written anything in quite a long time. Many things have happened meanwhile. First of all, there was this rather round birthday. I had planned to look it straight in the eyes and have a huge, fabulous party, preferably convince my friends to go to Berlin (it’s only a 2h drive with the new highway!), find a great concert (this time though in a club where I would not be afraid of losing a kidney)…Then it turned out that my PhD defense date was set for two days after the birthday, so all plans went to hell.

I did defend the thesis! This is good at least. You can oficially call me Dr, and you will be able to call me that even more oficially when the decision passes through the science council. My new business cards are on the way nonetheless :) I am planning on writing a post especially dedicated to this subject… Maybe not on the defense per se, but the 4 years I spent trying to get a PhD in a Polish university. There’s plenty stories to tell, and advice and warnings to give. Slow down, though, I almost forgot what made my turn Parenthood off. This is not a good moment by any means.

As some of you may know, I live in an old part of town, very close to the city centre. The housing cooperative has only 10 owners, most of whom actually live here, so you would imagine people would want to cooperate nicely and have good relations with their neighbours.

The view from my balcony on one of the worse days (H. Cegielski trade union protest)

Only briefly will I mention my neighbours Z., who are very nice and cool people and always invite us to share whatever they are having, but who display this rare and extreme type of carelessness that makes them, for instance, light a fire in a tile stove that has not been used for 20 years, without checking out with the chimney sweep (we woke up in a cloud of black smoke and called the fire department).

I will skip the neihgbour N., who has not paid his liabilites to the cooperative for months, even though he has a few cars, and most Sundays he spends with his family in high brow Poznań restaurants, explaining to the other neighbours he meets in the street that “a man of a certain age is allowed to certain his habits.”

Today I am going to focus on amore camouflaged case.

I will start by telling an old story. It should have warned me in time, but somehow I stopped paying attention to it at point. Some two years after I moved to this flat my now-husband and I decided to stop living in a 5 people commune and transform the flat to meet just our needs. We started (and pretty much ended) the refurbishing with the bedroom. It is the only room located at the backyard side of the building, which means no trams and no night road works (especially painful when the sledgehammer guy misses my car only by a few inches while taking his backswing).

During the refurbishment process, and anomaly has been detected. One day the contractor asked us to come into the room and knock at one of the walls. The bedroom is not in the main building, but in an annexe (so there is an attic over it and not the next floor). We had not paid to much attention to the fact that it was the only room in the flat in which we were able to actually head the neighbours. In any other room we could play foosball or Guitar Hero till 4 a.m. and nobody ever complained. One day I asked (attention!) my neighbour C. (the one behind the anomaly wall) about the sound permeability. He said they were not able to hear anything from our flat. Imagine my shock when the wall we knocked on emitted a dull sound, and when we removed the plaster, we saw… a DOOR. A door like those installed in blocks of flats from the 70s: you kick it hard, it’s gone. This time though there was no need to kick it, as the only thing that kept it closed was (the relief!) a STAPLE at our side. When we removed the staple and opened the door (which my neighbour Z was brave enough to do), the door hit a wardrobe in neighbour C’s flat.

Just like that.

Up to this day I am unable to grasp what made neighbour C. claim that he had no idea how the sounds from his daugters’ piano playing reached our ears. Those poor girls – I have no idea how long in their adult lives will they have to pay for having only a cardboard door separate them from a newly-wed couple. The best bet I can make is that C did now want to participate in the (considerable, truly) costs of bricking up the door. We finally did it by ourselves and I still wish I had let that eczematous hamster into his flat before adding the last brick.

Unfortunately, this event had sunk into oblivion (in my more and more Alzheimer-like memory), and that proved to be a very disadvantageous fact.

Then, a few days ago, one Thursday afternoon, after a short meeting concerning the current matters of the cooperative, neighbour C. told me that he had a private matter to discuss with me. He said he was setting up a new bathroom in his flat and wanted to plug the outlet (one big WC pipe and 4 smaller ones) to a master pipe in my cellar. One more thing to explain here: my cellar is a big one, with 80m2 and an interesting layout which you can admire in the enclosed drawing. At this point it is in a less-then-raw state (dirt floor) but in future I want to use it, e.g. transforming it into an office – a fact the above mentioned neighbour is well aware of (“But you’re not going to turn it into a pub, are you?”). Unfortunately, the cellar is not exactly below my flat, so I cannot connect to it easily from here. Over rooms 1 and 2 there is a grocery store, over 3, 4 and 5 neighbour C. has his annexe.

My cellar. Full of potential, but I would have to invest a lot, and get rid of the pipe first. No proportions have been kept.

I answered that in general I do not want to block the new bathroom possibility for him, but he would have to break through the ceiling in the last room (5 in the drawing) and the closest possible to the wall, I would also like for him to join the 5 pipes into one at the level of his flat. I said I would think about it and answer in a few days. On Friday Mr. C. (who actually calls himself MISTER C in many notes) stopped my husband with the same question, but he said he would not give him any permits without talking to me first.

Saturday morning I wrote a long email to my neighbour C., carefully setting up my proposals for futher negotiation:

  • digging the pipe into the ground (there is no real floor in the cellar),
  • hiding it in the wall, if it sticks out from the ceiling somewhere else than the very end of room 5,
  • buying the last part of the cellar by neigbour C. (this seems to be impossible in Polish law, though).

A little bit later, still on Saturday morning, I learnt that C. has already installed the pipe in my cellar.

So, where do we put your desk? The foreing body in my cellar. Do not miss the artwork in the background.

Sure – I am the only one to blame for not having fixed the padlock that a burglar (hoping to steal a cherry compote I assume) broke during one of the attempts. The padlock does close, but you can open it without using a proper key. Neighbour C. entered the cellar, drilled through the ceiling in room 3, and then run the pipe through rooms 3, 4, and 5, plugging it into the master pipe in room 5. Wanting to save on the materials, he made shortcuts in all the corners (pay attention to the backgroun on the beatiful photograph).

To understand the situation well, here are the facts:

  • My neighbour C. could as well have had the pipe run through his own flat and break through to the cellar at the very end, but this way he would have had to drill through a number of walls in his own flat and somehow mask the pipe and the sounds it emits.
  • Neighbour C. has at least one functional bathroom in his flat already.
  • Neighbour C. was well aware that he was not given any permit to enter the cellar or install anything in it, not to mention drilling holes in the internal walls.
  • There is not doubt whatsoever that the cellar belongs to my flat.
  • Neighbour C. had been to the cellar and knows that the height of the rooms excludes the possibility to install a suspended ceiling or anything like it.
  • Neighbour C. is not a dosser who had been denied the right to education and interaction with culture. He is an intellectual worker, a husband, and father of two daugthers.

When asked what the hell did he think, he called the situation an “unfortunate turn of events” (=his construction workers happened to have time on their hands). He proclaimed that he was “not at all proud of himself and in no way did he consider himself a winner”. He said he had waited for an SMS with our decision, but did not get it (well, I see no unanswered calls in my phone, something you would expect from a person who is desperately trying to get to know your decision). He also expressed the will to “work out a compromise” during a BBQ he invited us over. Just to set things straight, I am not accustomed to have BBQs with him not only because I do not eat meat, but mostly because never ever had he invited me or my husband to hang out. I am also truly puzzled by his understanding of the word compromise. So, when we finally meet (a moment after my lawyer sends him the documents with a recorded delivery letter), I am going to propose him a deal. I will put a huge garbage bin in his living room and then, working out a compromise, I will change it to a smaller one, that is going to stay there forever – just like Mr. C likes compromises to be done.

There is a number of daunting features this moralless story haunts me with. First: he broke into my property, and the property law is one of the few areas of law there are still treated seriously here. Second: he has pulled a really awful stunt on a kind, well-mannered neighbour (me) in a very small housing cooperative. Third, and most enraging: this is not the first time in my life when I see people confusing politeness with weakness. He really assumed that he would get away with this, that I would not have the strength (or time, maybe?) to react. I learned a long time ago that there exists a group of people who require a loutish attitude, who need to be yelled at, because otherwise they are unable to receive the message. This is not my weapon of choice, but more and more I am thinking it should be. Also, I would have agreed for him to put the pipe there, just in a way that did not deteriorate the value of the place… At this point there is nothing to discuss anymore.

If you think this story sound crazy and improbable, here is the opinion of my editor B. after I explained why I am late with this week’s bundle:

The situtation is so absurd that is must be true.

Moi sąsiedzi, czyli dlaczego marzę o domku na obrzeżach miasta (otoczonym drutem kolczastym)

2 Feb

(click here for English version of this post: My Neighbours, or Why Suddenly I Am Dreaming about a (Barbed Wire Surrounded) House in the Suburbs)

UWAGA! Post jest długi, ale są rysunki!!! :D

Nie pisałam dość długo – prawie miesiąc. W tym czasie sporo się wydarzyło. Po pierwsze, cichutko minęła dość okrągła rocznica moich urodzin. Chciałam jej spojrzeć prosto w oczy, zrobić wielką, wielką bibę, namówić znajomych na weekend w Berlinie (tylko 2h nową autostradą!), znaleźć fantastyczny koncert (tym razem może jednak w klubie, w którym nie będę się bała, że za chwilę ktoś mi wytnie nerkę)… Tymczasem na dwa dni po moich urodzinach wyznaczony został termin obrony mojej rozprawy doktorskiej i wszystkie plany diabli wzięli.

Obroniłam się! Tyle dobrego. Oficjalnie możecie mnie nazywać panią doktor, a jeszcze bardziej oficjalnie będziecie mogli to robić, gdy decyzja o przyznaniu mi stopnia przejdzie przez Radę Naukową (nowe wizytówki tak czy inaczej są już w drodze). Planuję napisać porządny post na ten temat… Właściwie nie tyle na temat samej obrony, co 4 lat spędzonych na robieniu doktoratu na polskiej uczelni. Jest o czym opowiadać, w czym doradzać, przed czym przestrzegać. Chyba jednak poczekam z tym do chwili odebrania dyplomu ;) Inne plany publicystyczne zakładają przygotowanie okolicznościowego wpisu na temat świnki Jezus i najgorszej podróży w moim życiu… Ale powoli. Przez chwilę zapomniałam, co skłoniło mnie do wyłączenia Parenthood. Nie jest dobrze.

Mieszkam w starej dzielnicy miasta, bardzo blisko centrum. Wspólnota mieszkaniowa składa się z 10 właścicieli, przy czym faktycznie są to właściciele, a nie czynszowi lokatorzy, zatem można by zakładać, że wszystkim zależy na utrzymaniu w dobrym stanie zarówno kamienicy, jak i międzysąsiedzkich stosunków.

Widok z mojego balkonu w jeden z gorszych dni

Tylko wspomnę w tej historii sąsiadów Z, którzy, choć przemili i zawsze częstują wszystkim, co akurat mają w domu, charakteryzują się skrajną, rzadko spotykaną beztroską, która w co lepszych momentach pozwala im na przykład napalić w nieużywanym od 20 lat piecu kaflowym bez sprawdzenia, gdzie i czy w ogóle jest podłączone jego ujście (obudziliśmy się w kłębach czarnego dymu i zadzwoniliśmy po straż pożarną).

Pominę sąsiada N, który od lat zalega z płatnościami na konto wspólnoty, mimo że posiada kilka samochodów a w niedzielę jada z rodziną w eleganckich poznańskich restauracjach, tłumacząc przypadkowo napotkanym współmieszkańcom, że „przecież w pewnym wieku człowiek ma już swoje przyzwyczajenia.”

Dziś skoncentruję się na przypadku pozornie bardziej zakamuflowanym.

Zacznę od wyciągnięcia historii z przeszłości, która powinna była mnie ostrzec, ale na którymś etapie uleciała mi z pamięci. Otóż jakieś dwa lata po wprowadzeniu się do tego mieszkania Mąż i ja postanowiliśmy pożegnać się z trójką współlokatorów i zaanektować na nasze potrzeby całe mieszkanie. Przeróbki zaczęliśmy (na dobrą sprawę również zakończyliśmy) na remoncie jedynego pokoju, który jest położony od strony podwórka. Tak jest przyjemniej i nie chodzi nawet o tramwaje (chociaż nadal planuję wstawić na balkon wiadro kamieni i ciskać w motorniczych, który opierają się na dzwonku, gdy jakiś gapiowaty kierowca zaklinuje się w korku wystawiwszy tyłek na tory i jedyne, co może go uratować, to zmiana światła) czy nocne autobusy. Największym problemem było dla mnie to, że w związku z dużym ruchem w ciągu dnia, wszelkie roboty drogowe w tej okolicy są prowadzone w nocy. Młot (pneumatyczny czy nie) wyrywający mnie ze snu o 2 w nocy to jednak przegięcie, zwłaszcza, jeśli wyglądając przez okno widzę pana, który zamachując się tym dziwnym urządzeniem o jedynie parę cali mija mój samochód.

Podczas remontu sypialni wykryta została pewna anomalia. Kierownik budowy/remontu zawołał nas do pokoju i kazał popukać w ścianę. Pokój mieści się właściwie nie w samej kamienicy, ale w oficynie (dlatego jest nad nim stryszek, a nie kolejne piętro), stąd wcześniej nie dziwiła nas za bardzo jego nadmiarowa przepuszczalność dźwiękowa. W każdym innym pokoju mogliśmy o czwartej rano grać w piłkarzyki albo drzeć się do guitar hero, ale w tym jednym słychać było sąsiadów (więc, jak sądzę, sąsiedzi mogli słyszeć także nas). Pewnego dnia zagadnęłam – tamdadam – sąsiada C o tę kwestię. Powiedział, że nic nie słyszą i nie wie o co chodzi. Jakie więc było moje zdziwienie, kiedy ściana wydała głuchy dźwięk, a po zdjęciu płyty gipsowej naszym oczom ukazały się… DRZWI. Drzwi w stylu tych montowanych w blokach w latach osiemdziesiątych: mocniejsze kopnięcie i byłoby po nich. Jednak tym razem drzwi nie trzeba było kopać. Były zamknięte (od naszej strony, co za ulga, buahaha) na SKOBELEK. Po otwarciu skobelka i naciśnięciu klamki (na co odważyła się sąsiadka Z), drzwi uderzyły w szafę sąsiada C.

Po prostu.

Do dzisiaj nie rozumiem, dlaczego twierdził, że nie wie, w jaki sposób dochodzą do nas dźwięki pianina jego córek. Biednych córek – nie wiem, jak długo w dorosłym życiu będą płaciły za to, że tylko cienkie drzwi dzieliły je od sypialni obcego młodego małżeństwa. Chociaż jestem coraz bliżej postawienia tezy, że jedynym powodem „niewiedzy” były możliwe koszty związane z koniecznością zamurowania otworu w ścianie. W końcu zrobiliśmy to sami i nadal żałuję, że przed dołożeniem ostatniej cegły nie zdecydowałam się na wpuszczenie tam gryzonia. CO NAJMNIEJ chomika, najlepiej z egzemą.

Niestety, zdarzenie to zniknęło w mrokach mojej coraz bardziej alzheimerowej pamięci i bardzo, bardzo źle się stało.

Otóż parę dni temu, w czwartek, po spotkaniu związanym z bieżącymi sprawami wspólnoty, sąsiad C oznajmił, że ma do mnie prywatną sprawę. Powiedział, że robi w domu drugą łazienkę, „przy sypialni”, i chciałby podłączyć odpływ z niej (w postaci jednej grubej rury od wc i 4 mniejszych) do zbiorczej rury w mojej piwnicy. Aha, muszę tu wyjaśnić jeszcze jedną kwestię: moja piwnica jest dosyć duża. Ma 80 metrów kwadratowych i dość ciekawy układ, który możecie podziwiać na załączonym rysunku. W tej chwili jest ona w stanie mniej niż surowym (klepisko) jednak w przyszłości zamierzam ją wykorzystać, przekształcając na przykład w biuro, o czym rzeczony sąsiad od dawna dobrze wie („Ale nie zrobi tam pani pubu?”). Niestety, piwnica nie znajduje się bezpośrednio pod moim mieszkaniem. Nad pomieszczeniami 1 i 2 jest sklep, nad 3, 4 i 5 – oficyna sąsiada C.

Moja piwnica. Potencjał, od realizacji którego dzieli mnie spora inwestycja. Oraz RURA. Żadne proporcje nie zostały zachowane.

Odpowiedziałam, że zasadniczo nie chcę blokować mu możliwości zrobienia sobie dodatkowej łazienki, ale musiałby wypuścić tę rurę w ostatnim pomieszczeniu (nr 5 na rysunku) i możliwie blisko ściany, chciałabym także, żeby zebrał rury w jedną jeszcze na poziomie swojego mieszkania. Powiedziałam, że pomyślę o tym i w najbliższych dniach dam mu odpowiedź. W piątek pan C (nazywający w różnych notatkach samego siebie PANEM C) zatrzymał jeszcze mojego Męża, który powiedział mu wyraźnie, że nie da mu żadnego pozwolenia bez uprzedniej konsultacji ze mną.

W sobotę rano wystosowałam długiego maila do sąsiada C, w którym starannie wyłożyłam swoje propozycje, do negocjacji:

  • wkopanie rury w ziemię (to bądź co bądź klepisko),
  • wkucie jej w ścianę, jeśli wychodzi w innym miejscu, niż sam koniec piwnicy,
  • wykup ostatniej części piwnicy (to ostatnie wydaje się jednak niemożliwe w świetle polskiego prawa).

W sobotę rano chwilę później dowiedziałam się, że sąsiad C zamontował już rurę w mojej piwnicy.

To gdzie stawiamy twoje biurko? Ciało obce w mojej piwnicy. Nie przegap ukrytego znaczenia w głębi.

Fakt – moja wina, że nie naprawiłam zepsutej podczas którejś próby włamania (po kompoty chyba albo starą kanapę) kłódki, która co prawda się zamyka, ale da się otworzyć bez użycia klucza. Sąsiad C wtargnął (włamał się, do cholery) do mojej piwnicy, przewiercił się przez sufit w pomieszczeniu nr 3 i poprowadził rurę przez 3 pomieszczenia, aż do rury zbiorczej, przy czym, w ramach oszczędności materiału, poskracał sobie wszystkie rogi (patrz zdjęcie, polecam instalację na drugim planie).

Żebyśmy się dobrze zrozumieli, zachodzą tu następujące fakty:

  • Sąsiad C równie dobrze mógłby poprowadzić rurę przez swoje mieszkanie i przebić się na samym końcu, ale to wymagałoby od niego przewiercania się przez parę ścian w swoim mieszkaniu i oznaczałoby potrzebę maskowania rury oraz dobywających się z niej dźwięków.
  • Sąsiad C ma w swoim mieszkaniu przynajmniej jedną sprawną łazienkę
  • Sąsiad C doskonale wiedział, że nie ma pozwolenia na taką akcję.
  • Nie ma najmniejszych wątpliwości co do tego, że widoczna na rysunku i zdjęciu piwnica w całości przynależy do mojego mieszkania.
  • Sąsiad C był w mojej piwnicy i dobrze wie, że jej wysokość skutecznie uniemożliwia operacje takie, jak montowanie podwieszanego sufitu.
  • Sąsiad C nie jest pozbawionym prawa do edukacji i obcowania z kulturą menelem spod budki z piwem, tylko pracownikiem umysłowym, mężem i ojcem dwóch córek.

Zapytany, co właściwie sobie myślał, sąsiad C nazwał sytuację „splotem niefortunnych okoliczności ” (= jego ekipa budowlana akurat miała czas) i oznajmił, że „wcale nie jest z siebie dumny, ani nie czuje się zwycięzcą ”, a poza tym „czekał na naszego SMS-a ” (przy czym nie widzę w swoim telefonie 100 nieodebranych połączeń od człowieka, który desperacko chce się ze mną skontaktować – prawdę mówiąc, nie widzę ani jednego). Wyraził również chęć „wypracowania kompromisu przy grillu ”. Dodam, że nie mam zwyczaju grillować z sąsiadem C, nie tylko dlatego, że nie jem kiełbasek, ale przede wszystkim w związku z tym, że nigdy na żadnego grilla mnie nie zaprosił. Zastanawia mnie także jego rozumienie słowa kompromis. Kiedy dojdzie już do spotkania (chwilę po tym, jak mój radca prawny nada dokumenty listem poleconym) zamierzam zaproponować mu, że ustawię na środku jego salonu wielki, przemysłowy kubeł na śmieci, a potem w ramach kompromisu zmniejszę go na taki mały, jednorodzinny, który zostanie już tam po wsze czasy – dokładnie zgodnie z rozumieniem słowa przez pana C.

W tej historii bez morału dobija mnie kilka rzeczy. Pierwsza z nich to złamanie mojego prawa własności, czyli jednego z ostatnich praw, które są jeszcze w tym kraju traktowane w miarę poważnie. Druga to zrobienie świństwa życzliwemu i kulturalnemu sąsiadowi (mi) w tak małej wspólnocie. No i trzecie, rozjuszające mnie najbardziej: nie pierwszy raz widziane pomylenie uprzejmości ze słabością. On naprawdę założył, że mu się to upiecze, że nie będę miała siły (albo czasu?) na reakcję. Dawno temu nauczyłam się, że istnieje grupa ludzi, wobec których trzeba zachowywać się w sposób chamski, na których trzeba krzyczeć, gdyż nic innego do nich nie dociera – jednak nie jest to metoda, która stosuję z wyboru. Może powinnam. Załamka numer cztery: przecież ja bym mu pozwoliła poprowadzić tę rurę we w miarę niekłopotliwy dla mnie sposób… W tej chwili nie ma już o czym mówić.

Jeśli historia wydaje się Ci nieprawdopodobna, oto opinia mojego redaktora B:

Sytuacja jest na tyle absurdalna, że musi być prawdziwa.

Follow

Get every new post delivered to your Inbox.