Archive | Polish RSS feed for this section

Manifest programistek (v. 1.0)

31 May

Nie zamierzam przepisywać tutaj całego wspominkowego wpisu na temat spotkania dziewczyn na GeeCON-ie – wyjątkowo zmotywowanych Czytelników zapraszam na blog konferencji.

Chcę jednak przytoczyć mały jego fragment: manifest programistek, powstały w wyniku wspomnianego spotkania. Oto on:

  1. Parytety są do niczego! Jednak o wiele więcej kobiet potrafi (i chciałoby, w sprzyjających okolicznościach) uprawiać informatykę, niż można by sądzić po aktualnych proporcjach w tej dyscyplinie.
  2. Nikt nie próbuje tu powiedzieć, że nie istnieją różnice pomiędzy kobietami i mężczyznami, ale przedstawiciele obu płci mogą być doskonałymi programistami, a nawet wizjonerami w informatyce.
  3. Kluczowe znaczenie ma kontrola wczesnych etapów edukacji, z których wyeliminowane powinny zostać wszelkie zamierzone i niezamierzone sugestie rodziców i nauczycieli, przypisujących dziewczynkom ‘miękkie’ role i wynagradzających je jedynie za wygląd i maniery, podczas gdy chłopców chwali się za inteligencję i kreatywność.
  4. Musimy (my, kobiety!) stać się nieco bardziej pewne siebie, włączając w to rozpoczynanie zdań frazą ‘wiem, że’ zamiast ‘wydaje mi się, że’.

Na zakończenie chcę podzielić się z Wami pewną dość specyficzną nowiną. Oto, co kilka dni temu pokazała mi moja koleżanka Ania:

Główna strona Wydziału Matematyki i Informatyki, zrzut wykonany 29 maja 2012

Celem tego dzieła jest/miało być zachęcenie maturzystów obu płci do studiowania informatyki na moim byłym wydziale. Nie wiem, od czego zacząć… Ale dowiedziałam się dzisiaj, że grafika ma zostać zastąpiona czymś bardziej odpowiednim (SPÓDNICA? Zmiana symboliki uchylonych drzwi?)… Będę informować na bieżąco.

Moja nieoficjalna recenzja z GeeCON-u

29 May

To nieco spóźnione tłumaczenie wpisu My Unofficial GeeCON Review. Zaczęłam ostatnio rozważać rezygnację z prowadzenia tego bloga w dwóch językach naraz. Mam wiele pomysłów na nowe wpisy, a utykam, czasami na dość długo, na tłumaczeniu już istniejących… Na razie jednak trzymam się dwujęzyczności: jeśli zostawię tylko jeden język, będzie to angielski, a póki co rekord frekwencji należy do wpisu w języku polskim.

Niektórzy z Was pewnie zauważyli, że w tym roku dołączyłam do zespołu organizującego GeeCON. GeeCON to konferencja poświęcona Javie i innym językom działającym na maszynie wirtualnej Javy, która odbywa się raz do roku, na przemian w Krakowie i Poznaniu.

GeeCON 2012

To był mój trzeci raz na GeeCON-ie. Dwa lata temu natknęłam się na ogłoszenie w Software Developer’s Journal (co rozbawiło Adama P., który był przekonany, że tamta reklama okazała się kompletnym niepowodzeniem). Kończyłam wtedy studia doktoranckie i wiedziałam już, że nie chcę zostawać na uczelni. Postanowiłam przypomnieć sobie język programowania, który kiedyś był moim ulubionym. Prolog jest oczywiście fajny, ale nie bardzo widzę możliwość oparcia na nim życiowej kariery :) W ubiegłym roku do Krakowa wysłało mnie PCSS (swoją drogą, czy firmy fundujące pracownikom wejściówki na konferencje programistyczne mają świadomość, że połowa torby z upominkami jest wypełniona przez oferty pracy?). W tym roku nie oczekiwałam żadnych tego typu przysług, w związku z czym sama wcześnie kupiłam bilet. Po czym Adam, który na moje szczęście czytuje tego skromnego bloga, zaproponował, żebym dołączyła do zespołu, przede wszystkim zajmując się geeconowym blogiem. Jako że a) byłam kompletnie spłukana, a on zaoferował mi zwrot kosztów i b) konferencja jest naprawdę fantastyczna, oczywiście przystałam na tę propozycję!

Niniejszym zamierzam zatem przystąpić do recenzowania konferencji, którą podobno sama zorganizowałam… ;)

GeeCON nie jest pierwszą konferencją, w której organizację byłam zamieszana. Mój (ex) uczelniany Zakład co dwa lata organizuje w Poznaniu konferencję Language and Technology, zatem powinnam była wiedzieć, czego się spodziewać… Jednak dałam się zwieść, przekonana, że konferencja naukowa i programistyczna to dwie różne bajki… (które, powiedzmy sobie szczerze, mają o sobie nawzajem bardzo złe mniemanie). W szczególności zapomniałam o najważniejszej zasadzie: ‘na kilka dni możesz zapomnieć, co to sen’.

Najważniejszy element recenzji: było świetnie! Mnóstwo gwiazd wśród spikerów (mam nawet zdjęcie z Bruce’em Eckelem, wydarłam je w końcu fotografowi z gardła, niestety nie jest przesadnie korzystne), mnóstwo pasji (momentami nawet za wiele; za przykład niech posłuży nam następujący tekst na twitterze: Drogi (…). Są miejsca, w których wypada przeklinać, ale nie należy do nich wypełniona po brzegi sala na GeeCON-ie), mnóstwo wiedzy.

Bruce Eckel i ja. Widziałam zdjęcia, na których wyglądam nieco lepiej, ale i tak serdecznie dziękuję Andrzejowi Grzesikowi za jego wykonanie :)

Pośród konferencyjnej gorączki udało mi się dodatkowo zorganizować małe spotkanie kobiet na GeeCON-ie (girls@geecon). Napisałam do wszystkich dziewczyn, które wygrały bilety (5 z nich zostało opłacone przez Google i obejmowało także zwrot kosztów podróży, dwa dorzucili sami organizatorzy). Nie mogłam napisać do wszystkich dziewczyn: wiedziałam tylko, że około 30 spośród 500 (!) uczestników konferencji poprosiło o damskie kroje koszulek. Generowałam za to spore ilości spamu na twitterze. Trochę się hamowałam – dostałam nauczkę podczas przygotowywania mikro-wywiadów ze spikerami, przeznaczonych na konferencyjnego bloga (przejrzyjcie je zresztą, są naprawdę ciekawe). Jedno z pytań dotyczyło roli i sytuacji kobiet w informatyce. Wszyscy faceci napisali wypracowania na ten temat, a jedyna kobieta uwzględniona w tym przedsięwzięciu pominęła to pytanie, pisząc jedynie bez komentarza.

W Kuchni dla Dragona, po konferencji

Kobiece spotkanie odbyło się w jednym z pokoików urodzinowych w Multikinie (inny był zajęty przez spikerów) podczas lunchu – temat ten zasługuje na osobny post, który trafił już na blog konferencyjny. Chyba nie będę w całości go tłumaczyć, ale na pewno przepiszę tu niedługo najważniejsze postulaty manifestu. W wielkim skrócie: było ciekawie i całkiem burzliwie! Po pierwsze, okazało się, że ta z dziewczyn, która ma największe doświadczenie w zdobywaniu grantów wyjazdowych oferowanych przez Google, uważa, że właściwie to kobiety wcale nie są specjalnie dyskryminowane w naszej dziedzinie. Drugi bardzo ciekawy temat to ‘geekowe obiady’ (tak, wiem, piekna polszczyzna na co dzień), które inna z uczestniczek współorganizuje w Dublinie. Może warto przenieść je na polski grunt?

Lista uczestniczek spotkania

Na konferencji najbardziej podobały mi się następujące elementy:

+ Spikerzy i ich prezentacje
+ Wielkie ekrany
+ Lokalizacja w centrum (a przy okazji 500 metrów od mojego domu)
+ Konkursy
+ Ogólna atmosfera
+ Możliwość spotkania wielu inspirujących osób z mojej dziedziny

Poznałam wiele osób, które sprawiły, że mam ochotę stać się lepszym programistą, a nawet lepszym człowiekiem :) Były jednak także spotkania dziwne i mniej przyjemne… Spotkałam dalszego znajomego, którego nie widziałam parę lat. Zadał mi dwa pytania, które powinny chyba były brzmieć następująco:

  • Zrobiłaś już doktorat?
  • Gdzie teraz pracujesz?

a jednak zostały sformułowane w następujący sposób:

  • Słyszałem, że masz problemy z doktoratem… Nie wiem, czy w ogóle powinienem o to pytać…
  • To już nie zajmujesz się programowaniem, tylko jesteś fotografem? (Robiłam zdjęcia na potrzeby strony konferencji).

Skąd ta frustracja?

Rzeczy, które podobały mi się nieco mniej:

- Zbyt wiele równoległych sesji
- Problemy komunikacyjne – w szczególności spotkanie Open Spaces dzień po konferencji powinno było zostać zapowiedziane o wiele wcześniej.

Największe zażalenie dotyczy właśnie liczby równoległych sesji. Pięć ścieżek naraz to zdecydowanie za dużo! Przy każdym wyborze od razu miałam poczucie, że tracę coś wartościowego. Oczywiście, prezentacje w końcu pojawią się w sieci (za rok, na przykład?), ale przecież nie po to osobiście idę na konferencję, żeby oglądać wystąpienia na wideo! Dodatkowo, trudno było mi rozmawiać z ludźmi o ich wrażeniach z konferencji, podczas gdy KAŻDY WIDZIAŁ CO INNEGO. Zresztą, nie wszystkie wystąpienia były równie dobre – sądzę, że można by poddawać je nieco bardziej restrykcyjnemu procesowi oceny.

Prezentacje dało się z grubsza podzielić na trzy podstawowe kategorie:

  • techniczne/technologiczne
  • metodologiczne
  • stworzyłem zajebiste narzędzie/framework/język i chce się nim pochwalić

Zwłaszcza w ostatniej z wymienionych kategorii zdarzały się stwierdzenia nie mającego pełnego pokrycia w faktach.

Jeśli chodzi o prezentacje techniczne – niektórzy narzekali na powierzchowność dłuższych wystąpień podczas tzw. University Day. Poza tym, dla niektórych z prezentujących dwugodzinny, nieprzerywany wykład okazał się jednak dość męczący.

Inni narzekali na brak wystąpień na temat Spring, ale mnie osobiście specjalnie to nie zmartwiło. Nie wiem natomiast, co myśleć o kolejnym wysypie języków na JVM – mam nadzieję, że ewolucja szybko rozprawi się z większością z nich, pozostawiając tylko te najlepsze.

Nie zabrakło, rzecz jasna, branżowego humoru. Kevlin Henney zakończył konferencję wystąpieniem ‘Cool Code’. Oto jeden z zaprezentowanych przez niego smaczków:

Ten kod, napisany w C, wylicza liczbę Eulera (e).

Powyższy kod to zwycięzca konkursu na najmniej czytelny kod w języku C, w kategorii ‘układ’. Liczy e!

PS. Jeśli kiedyś strzeli mi do głowy zaproponować, że przygotuję wystąpienie w ramach JUG, przypomnijcie mi proszę, że może pojawić się na nim Dawid Weiss i bezlitośnie mnie zmiażdżyć. Było mi naprawdę żal niektórych spikerów! :)
PS2. Moje ulubione wystąpienie: It Is Possible to Do Object-Oriented Programming in Java (Kevlin Henney).
PS3. Nie mogłam wziąć udziału w Unconference/Open Spaces z powodu zobowiąząń rodzinnych, ale w przyszłym roku na pewno sobie nie odpuszczę.
PS4. Na pewno wybieram się na Confiturę!

Weekend majowy – pamiętnik i recenzja

6 May

Wczoraj w nocy wróciłam z Wrocławia, planując spędzić ostatni dzień majowego „weekendu” równie aktywnie, co jego wcześniejszą część – niestety zostałam uziemiona przez standardowy zestaw gardło-zatoki (liczę, że to chwilowe i jutro normalnie ruszę w trasę; obserwowane kolory dają umiarkowane powody do optymizmu). Skoro kino, kolacja w mieście ani wyprawa na rower nie wchodzą w grę, postanowiłam zabrać się za wspominki.

Weekend majowy przyjęłam w dwóch dawkach, rozdzielonych jednym, sprowadzającym na ziemię dniem w pracy. Weekend A spędziłam w Bydgoszczy i okolicach, weekend B we Wrocławiu, roboczą środę wraz z przydatkami – oczywiście w Poznaniu.

Trafiłam w tym czasie na cała masę wydarzeń kulturalno-oświatowych. Jako że na początku pisania bloga zapowiadałam elementy kulturopodobne – oto mój pamiętnik z wakacji.

Bydgoszcz – nad wodą

Poniższe zdjęcie przedstawia widok z tarasu restauracji Zatoka, w której jadłam obiad z rodziną na samym początku majowego weekendu. Skrócona recenzja samej restauracji jest następująca: bardzo przyjemny i stylowy, choć może wymagający lekkiego odświeżenia wystrój, piękna okolica (w samym centrum miasta), przemiła obsługa, jedzenie średnie (przy czym wyrazu średnie używam w jego oryginalnym znaczeniu: ani wyjątkowo dobre, ani wyjątkowo złe), z wyjątkiem przepysznego repertuaru deserów, brak karty win. Zdjęcie jest paskudne, ponieważ robiłam je komórką w słońcu uniemożliwiającym mi zobaczenie czegokolwiek na wyświetlaczu (dla Waszej wygody przynajmniej je wyprostowałam ;) ). Wejdę szybko w jeszcze jedną dygresję, skoro mowa tu o aparatach wbudowanych w komórkę. Podczas pobytu w Laponii mój tajwański telefon uraczył mnie komunikatem „zbyt zimno na uruchomienie lampy błyskowej”. Oczywiście, produkty Nokii (wszystkie moje wcześniejsze telefony!) nie robią takich numerów, między innymi dlatego trzymam kciuki za Lumię.

Grillowanie po bydgosku

Na zdjęciu widać łódkę, na której stoi mały grill i nakryty obrusem stół. Chwilę później łódka wraz z pasażerami odpłynęła w siną dal. Piszę o tym także po to, żeby zaznaczyć, że chociaż zasadniczo uważam Poznań za miejsce o wiele ciekawsze od mojego rodzinnego miasta, to nie rozumiem zupełnie, dlaczego jest on odwrócony do rzeki (mówiąc delikatnie) tyłem. Najpiękniejsze miejsca w Bydgoszczy to te nad rzeką, a dodatkowo można tam spotkać atrakcje takie jak tramwaje wodne (w tym jeden zasilany bateriami słonecznymi), którymi można poruszać się po okazaniu biletu komunikacji miejskiej. I mało mnie obchodzi, że Bydgoska Rezygnacja (jestem fanką) potrafi wyśmiać nawet coś tak pozytywnego!

Kiedy ostatni raz płynęłam tramwajem wodnym, miałam okazję podsłuchać dość ciekawą rozmowę. Czekaliśmy na napełnienie śluzy rzecznej wodą, żeby tramwaj mógł wpłynąć na kolejny odcinek rzeki, gdy jeden z pasażerów odebrał telefon. – Nie mogę rozmawiać – oznajmił dzwoniącej do niego osobie – bo jestem w śluzie. – Widząc dławiących się ze śmiechu współpasażerów, zakrzyknął przerażony -  „w śluzie rzecznej!!!”.

Bydgoszcz – opera

Również nad wodą wznosi się gmach Opery Nova. Budowano go od kiedy pamiętam! – wg Wikipedii pierwsze pale wbito w latach 1973-76, uroczyste otwarcie nastąpiło w roku 2006, ale po raz pierwszy wystawiono tam spektakle, w surowych posypanych piaskiem wnętrzach, już w roku 1994, podczas I Bydgoskiego Festiwalu Operowego. Byłam tam… podobnie jak na każdej kolejnej odsłonie festiwalu. Rodzice postanowili wyedukować mnie muzycznie, ciągając mnie na spektakle i mamiąc podłą z założenia obietnicą, że podziękuję im za to, kiedy będę dorosła. NIE DZIĘKUJĘ! Z wszystkich klasycznych form okołoteatralnych operę uważam za najmniej udaną (ekstremalna sztuczność formy, 2 przebojowe arie na krzyż + stado wypełniaczy), a dodatkowo 4-godzinne „wykony” (znam to słowo tylko z opowieści) są odpowiednie dla dziecka mniej więcej w tym samym stopniu, co msza w obrządku przedsoborowym.

A jednak, po latach, raz na jakiś czas mam ochotę na odwiedzenie opery. W związku z tym wybrałam się z rodziną na otwarcie tegorocznego festiwalu. Wystawiano „Rusałkę” Antonina Dvořaka, z mojego punktu widzenia – słowiańską perełkę wśród śródziemnomorskich evergreenów. Spektakl, podobnie jak miejsca (w 3. rzędzie) był doskonały. Mój drogi mąż przeżył co prawda chwilę grozy. Bał się opery od samego początku, ponieważ miał kiedyś wątpliwe szczęście trafić w Warszawie na spektakl, w którym na scenie tańczyło i śpiewało (każdy co innego) stado chrabąszczy (czy ktoś ma pomysł, co to w ogóle mogło być? Dawid nic nie pamięta przez osłupienie katatoniczne). Otóż w drugim akcie „Rusałki” na scenie pojawił się nagle mężczyzna z głową rekina, a z fotela obok dobiegło mnie jęczenie „chrabąszcze, chrabąszcze!”

Nie podobało mi się za to (bardzo mi się nie podobało) inauguracyjne przemówienie pana Sławomira Pietrasa. Było długie, to po pierwsze – siędzący za nami Niemiec powtarzał w kółko słowa, które Dawid przetłumaczył (ja nigdy nie miałam okazji uczyć się tego języka) jako „do dzieła!”. Po drugie, mówił o brakach finansowych, co do pewnego stopnia jest usprawiedliwione – bydgoska opera jest skandalicznie niedofinansowana w porównaniu z innymi instytucjami – ale miałam wrażenie, że nie bardzo przystaje to do nastroju wieczoru. Po trzecie i najgorsze, zaczął rozbudzać nieeleganckie antagonizmy, z pogardą mówiąc o tym, że przed Euro 2012 wystąpi mnóstwo zespołów „big-beatowych” (naprawdę użył tego słowa, dość jadowicie na dodatek), a na operę pieniędzy nie ma… Najwyraźniej zwyczajnie nie przyszło mu do głowy, że wśród obecnych na sali jest wiele osób, które potrafią docenić i jeden, i drugi typ rozrywki.

Przy okazji, dzisiaj ogłoszono, że w Poznaniu z Strefie Kibica wystąpi Die Antwoord, i to za darmo!

Sama nie mogę w to uwierzyć – Solec Kujawski

Jak w nagłówku – wbrew jakimkolwiek swoim oczekiwaniom, w weekend majowy odwiedziłam Solec Kujawski. Teściowie (tamtadam – pierwszy raz w życiu na poważnie używam tego słowa) wybrali się na wycieczkę po północnej Polsce, której trasa obejmowała także tamtejszy Jurapark. Solec leży 20 km od Bydgoszczy, a ja byłam tam (pomijając przejazdy) pierwszy raz w życiu!

Dinozaury (oraz mamut) okazały się całkiem przyjemne. Polecam to miejsce wszystkim podróżującym z dziećmi – ma walory edukacyjne i rozrywkowe, a także niezłą infrastrukturę. Jeśli komuś mało, do Zaurolandii na trasie Bydgoszcz-Poznań nie jest stamtąd tak daleko.

Poznań – otwarcie KontenerArt

Po rozstaniu z dinozaurami ruszyłam w stronę Poznania, starając się zdążyć na otwarcie KontenerArt. Słyszałam zapowiedzi wieczornej ulewy. Okazało się, że w Poznaniu ulice są mokre, więc uznałam, że nic mi nie grozi – oczywiście musieliśmy uciekać z Kontenera do Meskaliny, gdy wieczorem nastąpiła powtórka. Sam Kontener – piasek, świeże powietrze, niezła muzyka, przyjemny design. No i coraz młodsi ludzie, naprawdę nie wiem, o co chodzi ;) Haters gonna hate – że sikają po krzakach, że w piasku pełno niedopałków… Mnie osobiście przeszkadzało zbyt mało stojaków na rowery (poniżej kolejne zdjęcie z serii komórkowej, przedstawiające „las rowerów”). Natomiast najbardziej bolesnym elementem jest to, że najwyraźniej negocjacje w Urzędzie Miasta nie przebiegły po myśli organizatorów, przez co muzyka została praktycznie wyłączona o 22. Niedobrze… I nie rozumiem. Najbliższy dom stoi dobre kilkaset metrów od Kontenera – od tego jest centrum miasta, żeby się coś działo! Jeśli komuś przeszkadza ruch, dokoła mnóstwo blokowisk czeka na nowych lokatorów.

Las rowerów pod Kontenerem

Poznań – dzień pracy i dzień lenistwa

W środę byłam w pracy, potem na przemiłym prawie-babskim wieczorze. Cały czwartek spędziłam w domu (na kursie Machine Learning oraz przesadzaniu kwiatków), a w piątek, przed wyjazdem do Wrocławia, obudziłam się… chora. Wniosek: nie siedzieć w domu.

Wrocław – na poddaszu i nad wodą

We Wrocławiu spotkaliśmy się z Ł., który zmienia pracę i przenosi się do Warszawy (by podjąć swoją dream job – programowanie gier), zatem był to ostatni moment na odwiedziny pod tym pretekstem. Spaliśmy na poddaszu kamienicy w samym centrum miasta – poniżej zdjęcie ogólnodostępnej palarni/świetlicy na ostatnim piętrze – ach, kiedy moi sąsiedzi zaczną w ten sposób organizować przestrzeń… (Wiem, jestem jednym z tych sąsiadów / You are not stuck in traffic, you are traffic).

Powłóczyliśmy się po mieście (zatrzasnęłam się w WC w barze Małgośka, dzień jak co dzień), nad rzeką, weszliśmy na Most Pokutnic. Poszliśmy nawet do kina, celem wykorzystania darmowych biletów. Jako trójka ostatnich osób w tym kraju, które wcześniej nie widziały „Nietykalnych” (Nakache/Toledano), bawiliśmy się świetnie. Doceniłam zwłaszcza scenę w operze, zwłaszcza w kontekście powyższego tekstu :) Swoją drogą, kino Helios ma logo nieco podobne do wydawnictwa Helion, nie sądzicie?

Wrocław – Asymmetry

Ostatnim punktem programu był wrocławski Asymmetry Festival. Kupiliśmy bilety tylko na jeden, ostatni dzień. Wnioski: muzyka doskonała, oprócz gwoździ programu w postaci Bohren & der Club of Gore i Killing Joke, największe wrażenie zrobiła na mnie grupa Drom (Czesi). Miejsce, w którym odbywał się festiwal – Browar Mieszczański – także ciekawe i klimatyczne, tylko że… kompletnie niedostosowane do tego typu koncertów. Powodem jest sama konstrukcja budynku, w którym znajdowały się dwie większe sceny: pomieszczenia są bardzo długie i bardzo wąskie. W rezultacie pod sceną mieściła się mała grupka osób, większość stała w „tunelu” za nimi, a tuż obok znajdowała się prawie pusta druga sala tej samej wielkości, z której nic nie było widać (Chciałam zrobić rysunek, pod tym względem zaniedbałam swoich fanów, ale chyba tym razem nie warto… Następnym, daję słowo. Może nawet będzie świnka Jezus). Można było posłuchać koncertu, ale dźwięki były jednak przytłumione przez grube mury.

Podsumowując – rozważę wybranie się na ten festiwal w przyszłym roku, bo muzycznie było świetnie (chociaż jak na festiwal muzyki alternatywnej – bardzo rockowo, no ale może inne dni były pod tym względem bardziej urozmaicone) pod warunkiem, że przeniosą go w inne miejsce, albo chociaż wystawią sceny na zewnątrz (wątpię, dokoła apartamentowce).

Doczytałeś/aś do końca? Chyba powinnam postawić Ci piwo :)

Wsadźcie sobie w **** ten apostrof

24 Apr

Będzie krótko i do rzeczy.

Dostaję szału, widząc, jak część moich (przeważnie wykształconych) znajomych nadużywa znaku, który w języku polskim bardzo rzadko ma jakiekolwiek uzasadnienie.

Rozumiem stosowane dla wygody uproszczenia przyspieszające proces tworzenia tekstu, który ma się pojawić w Internecie. Brak polskich znaków, skróty, zubożona interpunkcja – wszystko rozumiem. Nie rozumiem natomiast kompletnie, po co masa osób wpycha do tekstu nadmiarowy znak , który jest w danym tekście całkowicie zbędny. Z tego powodu postaram się krótko wyjaśnić, kiedy używamy apostrofu podczas odmiany wyrazów obcojęzycznych, a zwłaszcza obcojęzycznych nazwisk.

Zacznijmy od najprostszego argumentu.

Jeśli ktoś nazywa się Adam Nowak, w dopełniaczu użyjemy formy Adama Nowaka. Czy Waszym zdaniem, gdyby Adam Nowak nie był czystej krwi Polakiem, tę odmianę trzeba by zapisać jako Adam’a Nowak’a? Oczywiście, że nie… W takim razie, dlaczego bez przerwy widzę potworki w stylu James’a Bond’a?!

Wbrew pozorom, sprawa jest prosta: apostrofu używamy wtedy, kiedy nazwisko kończy się niewymawianą literą (najczęściej jest to samogłoska e) i intuicyjnej odmiany po prostu nie da się sensownie zapisać po polsku. Apostrofu użyjemy zatem, odmieniając nazwisko Remarque (Remarque’a), ale nie Heller (Hellera).

I TYLE.

Jeśli ktoś chce podrążyć głębiej, serdecznie zachęcam do zakupu dzieła pod tytułem „Polszczyzna na co dzień”, które jest dla mnie nieocenionym źródłem informacji w wielu miejscach, w których kończą się kompetencje bardziej tradycyjnych słowników. O Internecie nie wspominając.

Skoro już weszłam na temat poprawności językowej, a nie zamierzam robić tego często, na koniec chciałabym jeszcze przypomnieć wszystkim, jak odmieniamy wyraz cudzysłów w liczbie pojedynczej:

  • M: cudzysłów
  • D: cydzysłowu
  • C: cudzysłowowi
  • B: cudzysłów
  • N: cudzysłowem
  • M: cudzysłowie
  • W: cudzysłowie

Uprzedzając pytania, informuję, że wszystko się zgadza – nie występuje tam forma cudzysłowiu.

Zapewne złamałam parę zasad, pisząc ten tekst… Zapraszam do wytykania :)

Na koniec zadanie domowe. Spróbujcie odmienić następujące nazwiska:

  1. Sherlock Holmes
  2. Bruce Eckel
  3. Spock
  4. Clark Gable
  5. Alain Resnais

Przy czerwonym winie, o kobietach w informatyce, z kobietami w informatyce

14 Apr

(click here for English version of this post: Talking to Girls in IT)

Właściwie od pierwszych chwil istnienia tego bloga miałam zamiar zogranizować serię rozmów z kobietami, które zajmują się informatyką. Okazało się, że potrzebowałam jednak lekkiego kopa, żeby zabrać się do pracy – rolę tę uprzejmie spełnił blog konferencji GeeCON (angielska wersja tego wpisu została opublikowana również tam). W czwartek (przedwczoraj) spotkałam się z trzema programistkami, żeby porozmawiać z nimi o roli, miejscu i sytuacji kobiet w informatyce.

Zaczęłam tę rozmowę pytaniem o powów wyboru informatyki jako kierunku studiów, a także o reakcje ludzi dokoła. Oto, co odpowiedziały dziewczyny:

  • Eliza (programuje w Delphi, C# i JS): Tak naprawdę to początkowo chciałam studiować psychologię, ale w trzeciej klasie okazało się, że nie daję sobie rady z biologią. Zawsze lubiłam matematykę, dlatego w końcu wybrałam informatykę. Rodzina nie zareagowała w żaden charakterystyczny sposób. Zawsze lubiłam też grać na komputerze – uwielbiałam Boulder Dash.
  • Ewa (obecnie używa Rails i JS, ale jako właścicielka małej firmy ma osobiste doświadczenia z ASP, C#, PHP i Javą): Komputery pociągały mnie od dziecka. Dużą przyjemność sprawiało mi siedzenie przy komputerze mamy (Eliza: szczególnie ogladając porno), kopiowanie folderów, tworzenie prostych plików wsadowych… no i gra w Prince of Persia. Oboje rodzice pracują w dziedzinach technicznych (telekomunikacja i programowanie), dlatego cieszyli się z tych zainteresowań, chociaż każde próbowało namówić mnie do wyboru swojej dyscypliny. Jednak przed rozpoczęciem studiów w ogóle nie programowałam, jeśli nie liczyć AC Logo.
  • Magda (Java serwerowa, aplikacje na Androida, aplikacje internetowe w Javie): Mam w rodzinie tradycje matematyczne. Moi rodzice są nauczycielami matematyki, więc mój wybór nie był jakiś dziwny. Miałam zdolności w tym kierunku. Poza tym lubię rozwiązywać abstrakcyjne zagadki, a programowanie dla mnie to jak układanie z klocków!

(Wychodzi na to, że w tym towarzystwie tylko ja programowałam w Basic na Commodore 64, czyli swoim prezencie komunijnym).

Pytałam również o rozważane inne kierunki studiów. Agnieszka wspominała o psychologii. Ewa przez chwilę myślała o polonistyce, jednak ponieważ można było złożyć papiery tylko w 3 różne miejsca, zarzuciła ten pomysł. Magda ukończyła dwa kierunki: matematykę i informatykę. Początkowo interesowała się matematyką stosowaną, jednak teraz jest zadowolona z tego, że wybrała programowanie.
Eliza mówi, że nie chciałaby, żeby jej dziecko było programistą – „bo to nudne”. Absolutnie się z nią nie zgadzamy, jednak trzeba przyznać, że jest to praca, o której trudno rozmawia się z ludźmi robiącymi coś innego.

W następnej kolejności zadałam dziewczynom pytanie, jaki był stosunek dziewczyn do chłopaków w ich szkole, na studiach i w pracy. Zapłaciłam karę za ten skrót myślowy – Ewa podała mi konkretne liczby, natomiast pierwszą odpowiedzią Elizy było „lubiłyśmy ich” :)

Konkretne liczby:

  • Eliza: 20-10 w liceum (rozszerzony angielski), 14-48 na uczelni (to mój rok, dlatego liczba może się Tobie wydawać znajoma – podałam ją we wcześniejszym wpisie na blogu GeeCON), 4-22 w pracy.
  • Ewa: 11-20 w szkole (mat-fiz), 14-48, 3-3 w obecnej pracy (kierownikiem projektu jest kobieta, której zależy na zatrudnianiu kobiet, po części dlatego, że produkt jest związany z modą i faceci mają problemy z identyfikacją z nim; przez wiele dni wyśmiewali się ze słodkiego wielkanocnego zajączka, którego dziewczyny wstawiły na stronę).
  • Magda: 1/3 dziewczyn w liceum („ale to dziewczyny były lepsze”), nie pamięta dokładnych liczb z uczelni, ponieważ każde zajęcia odbywały się w innym składzie. Na pewno chłopaków było więcej. W pracy 3-10.

Kolejne pytanie: Czy Twoim zdaniem kobiety i mężczyzni na kierunku technicznym na studiach są traktowani tak samo? Jeśli nie, czy możesz podać przykłady nierówności (w obie strony)?

Spodziewałam się, że usłyszę kilka hardkorowych historii, jednak okazało się, że wcale nie jest tak źle. Oto, co wymieniły dziewczyny:

  • Magda: Panie w dziekanacie zawsze były milsze dla mężczyzn, zwłaszcza tych przystojniejszych :) Poza tym nie przypominam sobie, więc chyba grubszych spraw nie było.
  • Ewa: Jeden z prowadzących rozmawiał tylko z chłopakami, nawet jeśli mieli bardzo blade pojęcie o wspólnym projekcie, a przy tym ciągle mówił do nas „panowie”.

Ewa zwróciła za to naszą uwagę na nieco inną kwestię. O ile prowadzący z reguły nie mieli żadnych problemów z płcią studentów, to w drugą stronę sytuacja nie zawsze wyglądała tak samo. Część naszych kolegów z premedytacją zapisywała się na zajęcia prowadzone przez atrakcyjne dziewczyny, traktując je bardziej jako obiekt seksualny niż kompetentnego nauczyciela w istotnej dla nas dziedzinie.

Powtórzyłam to pytanie jeszcze raz, ale w kontekście pracy zawodowej:

  • Ewa opowiedziała nam o paru spotkaniach biznesowych, na których potencjalni klienci rozmawiali tylko z jej wspólnikiem, mimo że w wielku kwestiach to ona ma większą wiedzę – ale mogło tam chodzić o kwestie autoprezentacji i smiałości w kontaktach.
  • Eliza wspomniała historię, w której rozwiązała koledze problem, z którym zmagał się od dłuższego czasu. Kolega pochwalił ją przy szefie. Szef spytał, jak Elizie udało się znaleźć rozwiązanie, a ona odpowiedziała, że wyszukała je w Google. „Aha, czyli miałaś szczęście” nie było raczej adekwatną reakcją.
  • Magda czasami w obecnej pracy spotyka się ze stwierdzeniem ze strony kolegów, że robi coś w inny sposób, bo jest kobietą. „Strasznie mnie to wkurza, bo co ma do rzeczy moja płeć.” We wcześniejszych miejscach pracy nie spotykała się z takimi komentarzami.

Chciałam również poznać opinię dziewczyn na temat ilości kobiet w informatyce. Czy jest naturalna? Czy kobiety nie chcą tego robić, nie potrafią, a może chodzi o coś jeszcze innego? Ostatecznie doszłyśmy do następującego wniosku: zmuszanie kobiet do pracy w tym zawodznie nie ma sensu, jednak zdecydowanie należy je zachęcać. Sam fakt, że programowaniem zajmuje się więcej mężczyzn niż kobiet nie jest niczym złym, ale aktualne proporcje nie odwzorowują realnego rozkładu umiejętności. Są warunkowane kulturowo: od małego słyszymy, że „chłopcy są lepsi w naukach ścisłych a dziewczynki w humanistycznych” a nawet że „chłopcy są zdolni, ale leniwi, a dziewczynki pracowite, ale przeciętne”.

Stereotypy działają w obie strony. Słyszymy że „tylko brzydkie dziewczyny idą na politechnikę”, „na informatykę laski idą po to, żeby łatwo znaleźć męża”, ale także „jeśli pójdziesz na techniczne studia, faceci będą cię szczypać w tyłek”.

Parę tygodni temu, gdy trwały protesty w sprawie ACTA, Ewa została zaproszona na oficjalną imprezę. Przedstawioną ją, razem z jej szwagrem jednemu z polskich ministerów. Oboje zostali zaprezentowani jako informatycy, z naciskiem na to, że Ewa zajmuje się programowaniem. Minister spytał szwagra, co sądzi o ACTA a gdy ten odparł „nie wiem, nie czytałem” – kompletnie zarzucił temat, nie dając Ewie okazji do wyrażenia swojej rozbudowanej opinii.

Wracając do stosunku liczby kobiet do liczby mężczyzn. Zgodziłyśmy się, że parytety nie mają sensu. Jednocześnie żadna z nas nie wolałaby pracować w warunkach dokładnie odwrotnych proporcji ;) Jednak więcej dobrych dziewczyn w informatyce to rzecz naprawdę pożądana. Popieramy wszelkie inicjatywy mające na celu zwiększenie udziału kobiet w tym zawodzie, pod warunkiem, że nie prowadzą one do wykluczenia facetów (spójrzmy jednak prawdzie w oczy, od tego jesteśmy jeszcze bardzo daleko. Polecam zdjęcie GeeCON-owej publiczności które ilustruje ten post na stronie konferencji).

Pod koniec rozmowy próbowałyśmy odpowiedzieć na pytanie, czy istnieją obszary informatyki, w których my (lub „większość kobiet”) sprawdzamy się lepiej niż mężczyźni.

Wygląda na to, ze większość kobiet ma jednak lepsze umiejętności komunikacyjne niż większość mężczyzn. Obecność paru kobiet w zespole ma bardzo dobry wpływ na atmosferę pracy. Często mamy więcej cierpliwości podczas objaśniania różnych spraw, także osobom spoza naszej dziedziny. Nie nosimy w sobie głębokiej nienawiści do pisania dokumentacji! :) Chociaż czasami praca ta nie jest odpowiednio doceniana. Być może łatwiej jest nam przyznać, że (jeszcze) czegoś nie wiemy. Obawiam się trochę, że ta cecha wcale nie wychodzi nam na korzyść: inaczej odbierane są osoby, które zaczynają zdania od „uważam, że”, a inaczej te, które mówią „jestem pewien”. Nie potrafimy wskazać żadnych poważniejszych różnic, jeśli chodzi o poziom, sposób czy styl kodowania.

W tym miejscu historyjka o znanym nam mężczyźnie, który deklaruje, że nigdy nie zatrudni kobiet, ponieważ nie wie, jak z nimi rozmawiać. Twierdzi, że jeśli skarci pracownika-mężczyznę i powie mu, że powinien robić coś inaczej, ten powie „OK” i weźmie się do pracy. Kobieta, według, niego ”zamknie się na pół dnia w łazience i będzie płakać”. Pomijając już to, że żeby zgłaszać takie obserwacje, trzeba by jednak zatrudnić kobietę – po pierwsze, żadna z nas nie płacze z takiego powodu (dwa razy w życiu płakałam w łazience w pracy, oba razy po konkretnych seksistowskich uwagach kompletnie niezwiązanych z moją pracą). Po drugie, moje doświadczenie uczy, że co prawda wiele osób powie „OK”, co nie zmieni jednak faktu, że spróbują się za to trochę odegrać, gdy nadarzy się okazja.

Zakończę ten radosny wpis cytatem z Magdy:

Wybrałam taki zawód, bo lubię. Chociaż czasami poziom frustracji sięga zenitu! Nie rozumiem natomiast dziewczyn, które w swojej pracy chcą udowodnić, że są lepsze od mężczyzn. Nie o to chyba w życiu chodzi żeby komuś coś udowadniać.

Zielona Weranda: informacja praktyczna dla poznaniaków

Spotkałyśmy się w restauracji/kawiarni Zielona Weranda na Padarewskiego. Nie byłam tam od kilku lat. Miejsce jest bardzo miłe i gwarne, mają pyszne jedzenie i napoje ALE chciałam zwrócić Waszą uwagę na rachunki. Eliza zapłaciła za nas swoją kartą bez specjalnej analizy, a my chciałyśmy oddać jej kasę. Okazało się, że na rachunku – dość enigmatycznym, gdyż zawierał pozycje takie jak „napój” „alkohol” i „przystawka”, brakuje odpowiadających sobie dwóch wartości związanych z zamówioną wodą mineralną (z kawałkami owoców w szklance, mniam). Rachunek zawierał za to niepasujące do niczego innego wpisy 5 i 50 złotych. Poszłam wyjaśnić sprawę z kelnerem i okazało się, że „przypadkiem dopisało mu się jedno zero” (nie wiem na jakiej klawiaturze te dwie cyfry są obok siebie).

Nie mam pojęcia, czy ta nieelegancka pomyłka była zamierzona, czy nie. Myślałam, że kelner cofnie transakcję i pozwoli Elizie zapłacić jeszcze raz, ale oddał jej kwotę w gotówce. Co więcej – nie oddał jej należnych 45 zł tylko 50 (bez żadnego komentarza na ten temat, oczywiście oprócz przeprosin)… Więc tym bardziej nie wiem, czy był zmęczony, wyrachowany, czy po prostu nie potrafi liczyć.

Tak czy inaczej – to bardzo bardzo miłe miejsce (chociaż dla osób z klaustrofobią ma zbyt wiele zbyt nisko zawieszonych włóczkowych pomponów – informacja z pierwszej ręki), ale patrzcie na rachunki.

SISU!!! (lapońska przygoda)

1 Apr

Ten wpis to dość mocno opóźnione tłumaczenie SISU!!! (the Lappish Adventure) z 16. marca. Z tłumaczeniami w drugą stronę też się nieco spóźniam, ale wygląda na to, że będę mieć znacznie więcej wolnego czasu niż wcześniej (chociaż kalendarz na przyszły tydzień obejmuje święta, dwa koncerty i jeden spektakl ;) ), więc wkrótce powinnam wyjść na prostą.

Jeśli ktoś czytał już wersję angielską i łaknie nowości – w międzyczasie popełniłam polityczny manifest (na zamówienie ;) ) na blogu konferencji GeeCON. Większość postów, które tam trafią, pojawi się też tutaj, ale ten jest na tyle bliski idei z mojego pierwszego posta, a z drugiej strony na tyle bezpośrednio związany z konferencją, że ograniczę się do wstawienia linku.

Na początku marca skorzystałam z (będącego właściwie prezentem ślubnym) zaproszenia przyjaciół i wybrałam się na wakacje do Laponii. Po dłuższym namyśle postanowiłam z tej okazji stworzyć pierwszy post w nowej, turystycznej kategorii travel. Nie liczcie na zbyt wiele wpisów z tej dziedziny w najbliższym czasie. Po zamieszaniu z egzaminami i obroną urlop stał się dla mnie towarem jeszcze bardziej deficytowym.

Podróż do Muonio była dość skomplikowana (poniżej trasa w wersji lądowej). Najpierw musieliśmy dostać się pociągiem do Warszawy, potem dolecieć do Helsinek, tam poczekać parę godzin na przesiadkę do Oulu, co pozwoliło Dawidowi na skosztowanie po raz pierwszy mięsa renifera – w formie przeogromnego hamburgera. Potem jadł je jeszcze w następujących daniach: makaron, pizza, poronkäristys, ozory, stek (konserwa leży w lodówce i dopiero czeka na konsumpcję). Na zupę z niedźwiedzia, dostępną w markecie w Oulu, jednak się nie skusił. W Oulu przenocowaliśmy w domu Michała i Saiji, a rano wybraliśmy się na zwiedzanie miasta. W centrum Oulu Dawid zapoznał się ze średnią głębokością północnofińskiego śniegu, kiedy zdecydował się na autorski skrót.


View Larger Map

Około południa ruszyliśmy (jeszcze bardziej) na północ. Dopiero w samym Muonio zdałam sobie sprawę z tego, że Saija oryginalnie stamtąd pochodzi! Od samego początku towarzyszyła nam zorza polarna. Jak tylko wysiedliśmy z samochodu zaczęłam rozstawiać zabrany specjalnie na tę okazję sprzęt, jednak po chwili dotarło do mnie, że niekoniecznie jest to najbardziej grzeczne zachowanie w sytuacji, gdy stoimy pod domem rodziców Saiji, którzy czekają na nas z kolacją. Rzuciłam się zatem do przeszukiwania torby celem wydobycia z jej głębin Uniwersalnych Darów z Polski (wiśniówka + ptasie mleczko). Pomyślałam, że skoro Aurory pojawiły się od razu, będę miała mnóstwo okazji, by sfotografować je w pełnej krasie. Nie pomyliłam się – skubane pojawiały się codziennie… W postaci bladych plam światła za grubymi, zakrywającymi całe niebo chmurami. Jedyne, co mogę zaoferować, to poniższe zdjęcie, na którym widać ślad znikającej już zorzy (swoją drogą, wiedzieliście, że one się ruszają?!).

Bajkowy domek i wspomnienie zorzy polarnej.

Prawdziwa przygoda rozpoczęła się krótko przed wspomnianą kolacją, kiedy przekroczyliśmy koło podbiegunowe. Zrobiłam to w pięknym, klasycznym stylu: chciałam naskoczyć na ziemię tak, by mieć stopy po dwóch różnych stronach równoleżnika. Niestety, mojej uwadze umknął fakt oblodzenia powierzchni, więc ostatecznie przekroczyłam magiczną linię pięknym ślizgiem na swojej pupie.

Po kolacji udaliśmy się do chatki, która miała stać się naszym domem na nastęnych parę dni. Chatka była malutka (przypominała nieco mój ulubiony domek Brda – o koszmarach związanych z grzybobraniem nad Zalewem Koronowskim opowiem przy innej okazji), lecz oczywiście starczyło w niej miejsca na, nieco zatęchłą, fińską saunę. Zdziwiła mnie panująca wewnątrz temperatura (gorąco!). Okazało się, że okna w starych lapońskich domach mają nie dwu, a czteroskrzydłowe okna, zapewniające bardzo dobrą izolację. Odbyło się losowanie, w wyniku którego Michał i Saija zajęli królewską sypialnię, a nam została antresola (na zdjęciu), jednak wcale nie narzekaliśmy.

Chatka

Następnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę w góry w okolicach Pallas, W RAKIETACH ŚNIEŻNYCH!!!. Nigdy wcześniej nie widziałam takiego sprzętu! Co prawda nie wyglądają (już) wcale jak rakiety do tenisa, ale i tak czułam się jak bohater kreskówki (na przykład jeden z siostrzeńców Kaczora Donalda). Współczesne rakiety śnieżne wyglądają tak:

Współczesne rakiety śnieżne

Postanowiliśmy wdrapać się na szczyt pobliskiej góry, niestety za każdym razem, gdy wydawało się nam, że na niego wchodzimy, zza domniemanego “szczytu” wyłaniał się kolejny, wyższy. Zawróciliśmy, gdy skończyły się nam zapasy czekolady i opróżniliśmy termos zawierający kakao z likierem Minttu.

Dzień później zażyliśmy tradycyjnej fińskiej sauny dymnej i poznaliśmy prawdziwe znaczenie słowa Sisu (wewnętrzna siła, wytrwałość, nieustępliwość). Po lekturze programu wycieczki (tak, M i S przygotowali program) obawialiśmy się tego dnia, ponieważ miał on obejmować “saunę dymną oraz pływanie w przeręblu w Jerisjärvi”. Nie potrafiłam samodzielnie ocenić, czy ten element ma być żartem, czy nie… Okazało się, że nie był to żart, lecz wyzwanie. Każdy z nas w końcu to zrobił, pierwszy raz w życiu, wliczając w to Saiję! (No dobra, może nie było to pływanie, ale nawet puściłam na chwilę drabinkę). Istnieje zdjęcie, które udowadnia mój wyczyn, jednak nie jest ono zbyt korzystne, więc pozwolę sobie je tu pominąć. Najgorszą składową całego doświadczenia była grupa młodych turystów, którzy nagrzali saunę do niewyobrażalnego i nieznośnego poziomu, zamierzając wybiec z niej i skoczyć na bombę do jeziora. Kiedy ktoś zwrócił im uwagę, że potencjalnie nie jest to najbezpieczniejszy z pomysłów, odparli, że nie będą słuchać “gejowych porad”. Pomyślałam, że jeśli któryś z nich dozna szoku termicznego i umrze, inni raczej nie wrócą do sauny, dlatego postanowiłam nie wtrącać się w ich plany.

Jeszcze później wybraliśmy się na narty-biegówki. Było to pierwsze w moim życiu podejście do tego sportu, przez co zaliczyłam około dziesięciu upadków, dodając nowe odcienie do palety barw na moim kolanie (to pamiątka po imprezie pożegnalnej koleżanki – w szpitalu zrobili mi cztery zdjęcia rentgenowskie). Ale było warto! Podczas szusowania po zamarzniętej rzece przecięliśmy super-tajną trasę zimowych testów audi, ale akurat nie przejeżdżał nią żaden zakamuflowany samochód.

Kolejne odkrycie – Nokia produkuje opony! Te stosowane zimą w Finlandii są nabite metalowymi ćwiekami i są niesamowicie skuteczne. Jeździliśmy po śniegu, lodzie i górskich drogach, przypominających trasy narciarskie – zaliczyliśmy tylko jeden poślizg, wpadając w śnieżną koleinę podczas wyprzedzania innego auta. Bardzo podoba mi się to, że, inaczej niż w Polsce, na północy Finlandii śnieg nie jest usuwany z dróg za pomocą soli. Pługi odgarniają miękki puch, a to, co zostaje, jest jedynie posypywane piaskiem. Wygląda to o wiele lepiej, no i nie niszczy roślin (ani butów). Nie mówiąc już o kubkach smakowych polskich konsumentów.

Jeden dzień Dawid i ja spędziliśmy, robiąc zakupy w Levi – kurorcie narciarskim i (co potwierdza również widziany przez nas niedawno film “Lapońska odyseja”) fińskiej stolicy ponarciarskiego seksu.

Wreszcie, wybraliśmy się także na szwedzką stronę, gdzie odbyliśmy trzygodzinną przejażdżkę na skuterach śnieżnych. Oczywiście, udało mi się spaść z takiego już po pierwszych stu metrach, gdy próbowałam, zgodnie z zaleceniem, wykonać zakręt pod kątem prostym jednocześnie podjeżdżając pod wielką zaspę (aby zjechać z drogi do lasu). Zaufałam tej wielkiej maszynie dopiero po jakichś dwóch godzinach :) Ale było świetnie. Jechaliśmy przez las, mijaliśmy farmę z psami do ciągnięcia sań, a nawet rozpędziliśmy się do 70 km/h na zamarzniętej rzece. Niepokoił mnie fakt, że lód ewidentnie pod nami pękał, ale zostałam zapewniona, że to tylko jedna z wielu warstw. O dziwo, ta przejażdżka była jedyną czynnością podczas całej wyprawy, przy której nabawiłam się zakwasów (w rękach i nogach).

Mój mąż, Czarny Stig skuterów śnieżnych

Po powrocie do bazy i zdaniu skuterów zorientowaliśmy się, że większość dostępnego w hotelowym barze alkoholu pochodzi z Czech. Okazało się, że po szwedzkiej stronie granicy działa tajne centrum zimowego testowania Skody :)

Wioskę Świętego Mikołaja w Rovaniemi wolę pominąć litościwym milczeniem.

Następnie wrócilismy do Oulu, gdzie M i S odebrali z psiego hotelu Vivi, pięknego młodego dalmatyńczyka, którego słynny uśmiech na szczęście został mi oszczędzony (sprawdziłam później w sieci jak to wygląda, KOSZMAR!). Rano spacer, kawa, spotkanie z Mikko, którego nie widziałam od kilku lat (ostatni raz na którymś Open’erze). Swoją drogą, w tym roku na pewno nie przegapię festiwalu, skoro przyjeżdża na niego Bat for Lashes!!! W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na noc w Helsinkach, u Wąglika, który zabrał nas do nepalskiej restauracji, gdzie do 2 kg zdobytych w Laponii dołożyłam jeszcze dobre pół.

W samolocie planowałam napisać list do koleżanki (jestem w stanie zrobić tam wszystko, żeby odciągnąć swoje myśli od faktu znajdowania się parę kilometrów nad ziemią), okazało się jednak, że pogubiłam zabrane na tę okazję z Polski kartki. Kupiłam na lotnisku brytyjski Vouge i pisałam na wydartych z niego kartkach – myślę, że nikt jeszcze nie zamienił Vogue w coś tak niechlujnego.

Do domu dotarliśmy kompletnie spłukani (mimo że M i S nie pozwolili nam zapłacić za paliwo ani wynajem domku), ale szczęśliwi.

Pallas. Tego akurat nie próbowaliśmy - narciarze byli w stanie jechać pod górkę!

Dodatek kulturalny
Wyjazd do Laponii charakteryzowała piękna równowaga w ilości aktywnego wypoczynku i leniwej zamuły. Okazało się to dla mnie zbawienne również dlatego, że po raz pierwszy od tygodni (jeśli nie miesięcy) znalazłam czas na przeczytanie POWIEŚCI – nie informatycznej cegły, nie podręcznika do lingwistyki – a czytanie powieści to jeden z pięciu powodów, dla których warto żyć! (według Justyny). Była to najnowsza książka uhonorowanego ostatnio Noblem Mario Vargasa Llosy Marzenie Celta. Doskonała! Wciągająca, mroczna, dziwnie erotyczna… I, jak się okazało, oparta na życiu rzeczywistej postaci. Wstyd przyznać, ale zrozumiałam to dopiero na ostatnich stronach. No cóż, człowiek uczy się całe życie… Dzięki tej lekturze nabrałam apetytu (o ile to sformułowanie jest tu na miejscu) na Jądro ciemności Conrada, ponieważ ten z kolei pisarz pojawia się w książce jako jeden z pobocznych bohaterów. Wada ukryta Pynchona musi poczekać.

Na swoją obronę dodam jednak, że nie tak znowu dawno czytałam naprawdę niezłą fińską powieść Fantastyczne samobójstwo zbiorowe (Arto Paasilinna). Wydaje mi się, co prawda, że tłumaczenie mogłoby być lepsze, no ale jak mam to sprawdzić? :) Może oryginalny tekst też jest momentami niezgrabny. Wycieczka miała zresztą pewien bonus literacki – jadąc na skuterach mijaliśmy znak drogowy z napisem “Pajala” (Muzyka pop z Vittuli, polecam z całego serca).

Pewnego wieczoru w chatce obejrzeliśmy jeszcze prawdziwy diament kinematografii fińskiej zatytułowany Rare Exports: A Christmas Tale (Nie-święty Mikołaj, kto to wymyślił?!). W sam raz do obejrzenia w Laponii, tuż obok wspomnianej już Lapońskiej odysei. Zorganizowałam nawet wieczór filmowy dla kolegów z pracy, nie mówiąc im, że obiecane przekąski to Super Salmiakki. Na swoje szczęście, przynieśli mnóstwo innych rzeczy.

Najnowsze wiadomości – krótko o tym, co się u mnie dzieje

25 Mar

(click here for English version of this post: Recent News – Quickly)

Rura znika z mojej piwnicy!

Co chwilę ktoś pyta mnie o dalszy ciąg historii z rurą.  Najważniejsza wiadomość jest taka:

Sąsiad usunął rurę!

Powiedziałam mu, że jak gdy ją zdejmie, możemy usiąść i porozmawiać o tym, czy i na jakich warunkach zgodzę się na umieszczenie czegokolwiek w mojej piwnicy. Początkowo próbował przekonać mnie, że w takim razie najlepiej będzie, jeśli rura zostanie tam do czasu rozmowy, skoro może się okazać, że obecne jej położenie jest optymalne… Wyjaśniłam, że chodzi o walor pedagogiczny. Rura zniknęła.

Zaległe tłumaczenia postów pojawią się wkrótce

W tej chwili na blogu znajdują się dwa posty bez tłumaczeń:

Oba tłumaczenia powinny pojawić się w nadchodzącym tygodniu.

Najfajniejsza konferencja o Javie wraca do Poznania

Zostałam zaproszona do wsparcia organizacji konferencji GeeCON. Od czasu do czasu będę publikować coś na konferencyjnym blogu, kopiując swoje wpisy także tutaj. Oznacza to (między innymi), że na tym blogu pojawi się trochę więcej tekstów technicznych. Czy ktoś jeszcze pamięta, że zajmuję się programowaniem? :)

GirlLostInIT na Twitterze

Utworzyłam (w końcu?) konto na Twitterze. Na razie nie bardzo umiem z niego korzystać ;) Podłączę je do tego bloga. Możesz mnie obserwować (chociaż na razie panuje tam martwa cisza) jako girllostinit.

Widzimy się niebawem!

Literatura informatyczna. Parę chaotycznych uwag na temat tłumaczeń

27 Feb

(click here for English version of this post: Computer Science Literature. A Few Remarks on IT Books Translation)

Czasami tłumaczę książki… informatyczne. Na zdjęciu mój dotychczasowy dorobek – większość tytułów jest reprezentowana podwójnie, ponieważ wydawnictwo w swojej uprzejmości na zakończenie wysyła mi egzemplarz autorski (a skoro o tytułach mowa, akurat na ten element nie zawsze mam decydujący wpływ).

W tej chwili pracuję nad książką o App Engine (http://www.essentialappengine.com/). Tłumaczenie to dla mnie dodatkowa praca, którą w trakcie z reguły z całego serca przeklinam (w ostatnią sobotę, dzięki tłumaczeniu do północy, zamiast bawić się w mieście, rozmawiałam ze strażakami gaszącymi pożar w mojej kamienicy – winą tłumaczenia jest, rzecz jasna, moja obecność w danym miejscu o danej porze, a nie wspomniany pożar). Pierwszą książkę przetłumaczyłam, będąc na studiach doktoranckich, zaraz po ukończeniu poznańskiej Szkoły Tłumaczy i Języków Obcych (polecam każdemu głodnemu wiedzy przyszłemu tłumaczowi, który jest skłonny na dwa lata zrezygnować z weekendów). Uznałam, że jest to idealne zestawienie: nie zapomnę języka, dowiem się nowych rzeczy ze swojej dziedziny, a do tego zarobię całkiem przyzwoitą kasę. Tak rzeczywiście było.

Tłumaczenia i oryginały

Obecnie nie powinnam tego robić – mam dobrą, stałą, ciekawą i rozwijającą pracę. A jednak… daję się podejść! Mechanizm kuszenia jest dość prosty: redaktor B. co pewien czas wysyła mi spersonalizowane zestawy książek, pytając, czy któraś z nich przypadkiem mnie nie interesuje. Za którymś razem okazuje się, że nie pamiętam już trudu i znoju towarzyszącego pracy nad takim dziełem i kolejny raz mówię sobie, że jeśli tak dokładnie wniknę w treść podręcznika, będę wymiatać w nowej technologii. Potem jest płacz i zgrzytanie zębów… I ten jeden moment chwały (no dobra, jeden z dwóch, niech będzie że wypłata 80% całości po oddaniu ostatniego rozdziału też jest przyjemna), kiedy odpakowuję nowiutką książkę… Nauczyłam się już ich nie otwierać, po tym, jak za pierwszym razem bezbłędnie trafiłam na jedyną chyba w książce literówkę, która uszła uwadze korekty.

Skąd wynurzenia o tłumaczeniach? Powody są dwa. Pierwszy jest taki, że dość niedawno wydawnictwo zmieniło tak zwaną “strategię” – teraz zwracam się do czytelnika na “ty”. O ile wiele razy wydawało mi się, że przekształcanie bezpośednich tekstów amerykańskich autorów na grzecznościowe polskie zwroty jest udręką, to w obecnej sytuacji w pełnej krasie objawiły się problemy, których wcześniej nie spodziewałam. O nich zaraz.

Drugi powód to fejs-zbukowe narzekania znajomego na tłumaczenie którejś z części Millenium Larssona. Otóż na tylnej okładce podobno wydanej po polsku książki pojawiają się słowa “outsiderka” i “researcherka”. Kolega zastanawiał się nad złożeniem reklamacji, niektórzy stanęli w obronie tłumacza, pisząc, że “zasysanie” słów z obcych języków jest procesem naturalnym. Chciałabym podzielić się tutaj opinią, którą wcześniej wyraziłam w komentarzu do tej historii: tendencja do zasysania obcych słów jest usprawiedliwiona, o ile słowo o danym znaczeniu nie istnieje już w języku polskim. W przeciwnym razie to zwykłe pójście na łatwiznę, niedopuszczalne zwłaszcza w wykonaniu tłumacza, czyli osoby profesjonalnie zajmującej się językiem. Inna sprawa, że wiem z doświadczenia, jak szybko trzeba tłumaczyć popularne książki.

W ramach wątku pobocznego, ale nadal w nawiązaniu do dyskusji na temat “Millenium” – nie każde obco brzmiące słowo jest kalką lub zapożyczeniem z innego języka. Przywoływany przez kogoś słowo prysznic tylko brzmi po niemiecku – to polskie określenie, pochodzące od nazwiska Vincenta Priessnitza, twórcy wodolecznictwa.

W informatyce angielskie słownictwo jest wszechobecne i obezwładniające. Zgadzam się, że wymyślanie na siłę narodowych odpowiedników jest kompletnie bez sensu. Zdarza mi się, choć nie jestem z tego dumna, używać (W MOWIE) słów takich jak “zakomitować”, “dump” albo “timeout”. Poddałam się ostatno na słowie “framework”, z którym kiedyś jeszcze próbowałam się szarpać. A jednak wiele wprowadzanych w ten sposób słów ma poprawne i zrozumiałe wersje polskie. Nie toleruję pluginów (wolę wtyczki), use case’ów (przypadki użycia), forków (rozwidlenia)… Załamuje mnie “diagram kolaboracji” (współpracy, u licha! okupacja za nami). Dla tych, którzy w tej chwili przyrzekają, że nigdy nie tkną moich tłumaczeń: zawsze podaję wersję oryginalną, która ma ułatwić odnalezienie się osobie, która wcześniej czytała oryginalną dokumentację.

Wracając do “researcherki” (riserczerki może) – osobną kwestią są dla mnie żeńskie wersje nazw zawodów. Z CAŁEGO SERCA NIENAWIDZĘ ŻEŃSKICH KOŃCÓWEK W NAZWACH ZAWODÓW! Nie rozumiem kompletnie kobiet, które się o nie upominają. Dla mnie lekarz to lekarz, nie ma znaczenia jego płeć, tylko kompetencje i, na bliskim drugim miejscu, styl bycia i szacunek do pacjenta. Czym się różni “pisarka” od “pisarza” – pisarz tworzy literaturę, a pisarka powieści dla pensjonarek? Jakie znaczenie ma tutaj płeć?! Sprawę w moim odczuciu dodatkowo pogarsza to, że żeńskie końcówki często brzmią jak zdrobnienia, mniej poważne wersje pracy, którą wykonują mężczyźni. Nie chcę, nie potrzebuję. A co do “niższych rangą” zawodów, których główna nazwa tradycyjnie ma formę żeńską (sprzątaczka, niania) – co za problem. Wykonujący te prace mężczyźni w końcu będą musieli jakoś się nazywać. “Utrzymanek” ma się tak samo dobrze jak “utrzymanka” ;) Zresztą, problem nie leży w samym rodzaju gramatycznym. Połowa humoru w filmie Poznaj mojego tatę oscylowała wokół “male nurse”, a nie ma tu przecież żadnej żeńskiej końcówki.

Dlaczego napisałam wcześniej, że problemem okazały się bezpośrednie zwroty do czytelnika? Otóż największy kłopot leży w formach czasu przeszłego i trybu przypuszczającego, które w języku polskim ujawniają rodzaj. Wszystkie sformułowania typu “if you removed line 3″ stają się koszmarem. Jeśli posiłkuję się słowem “czytelnik”, sam wyraz wymusza rodzaj i wszystko jest w porządku. Zwracając się do odbiorcy bezpośrednio mam problem. Jasne, można kombinować, ale gdy autor w co drugim zdaniu używa takich zwrotów, po chwili staje się to męczące dla obu stron (tłumacz/czytelnik, autora zostawmy w spokoju). W niektórych angielskojęzycznych książkach “programmer” to “she” (pomijając wyśmiewaną w Polsce, nie wiem dlaczego, cla mnie całkowicie neutralną formę “they”, stosowaną w przypadku, gdy nie znamy czyjejś płci – bez przerwy obecną np. w amerykańskich serialach). Po polsku, moim zdaniem, to by nie przeszło. W naszym języku żeńskie formy są bardzo silnie nacechowane. Wydaje mi się, że gdybym zaczęła zwracać się do czytającego książkę programisty lub studenta “jeśli miałaś kiedyś do czynienia z usługami sieciowymi”, to wprawiłabym w konsternację przedstawicieli obu płci. Techniczna książka ma się czytać płynnie i bezproblemowo. Chociaż kto wie, może następnym razem podejmę taką próbę? Tyle że obiecuję sobie właśnie, że nie będzie już następnego razu!

Na koniec chciałabym przytoczyć anegdotę związaną z pewnym paskudnym kawałkiem kliszy, na który dawno temu natknęłam się w tłumaczonej przez siebie książce. Zdarza się (wcale nie tak rzadko), że wydawane w USA książki zawierają pewne drobne błędy merytoryczne: kod, który się nie skompiluje, interfejs nazwany klasą, odwrócone znaczenie przeciwstawnych opcji. Jako tłumacz mam prawo (i powinność) poprawiać takie rzeczy. No więc owego dnia natknęłam się na następujący przykład:

var jack = {
  read: function(what) {
    console.log('I just read that ' + what)
  }
};
var jill = {
  read: function(what) {
    console.log('You didn\'t hear it from me, but ' + what)
  }
};

Czyli – mężczyźni zajmują się czytaniem, kobiety zajmują się plotkami… I tu muszę oddać hołd mojemu redaktorowi. Zapytany, czy mogę sprowadzić te dwie osoby do jednej płci (wydawnictwo woli spolszczać imiona w przykładach) odparł, że jeśli mi zależy, to mogę nawet je odwrócić ;) Tak zrobiłam, ale z paru innych powodów uważam to akurat tłumaczenie za jedno z najmniej udanych.

Jeśli komuś mało w temacie tłumaczeń, w ramach pół-inteligentnej rozrywki, polecam sprawdzenie, jak w różnych krajach potocznie nazywa się znak @ (“małpa”).

Moi sąsiedzi, czyli dlaczego marzę o domku na obrzeżach miasta (otoczonym drutem kolczastym)

2 Feb

(click here for English version of this post: My Neighbours, or Why Suddenly I Am Dreaming about a (Barbed Wire Surrounded) House in the Suburbs)

UWAGA! Post jest długi, ale są rysunki!!! :D

Nie pisałam dość długo – prawie miesiąc. W tym czasie sporo się wydarzyło. Po pierwsze, cichutko minęła dość okrągła rocznica moich urodzin. Chciałam jej spojrzeć prosto w oczy, zrobić wielką, wielką bibę, namówić znajomych na weekend w Berlinie (tylko 2h nową autostradą!), znaleźć fantastyczny koncert (tym razem może jednak w klubie, w którym nie będę się bała, że za chwilę ktoś mi wytnie nerkę)… Tymczasem na dwa dni po moich urodzinach wyznaczony został termin obrony mojej rozprawy doktorskiej i wszystkie plany diabli wzięli.

Obroniłam się! Tyle dobrego. Oficjalnie możecie mnie nazywać panią doktor, a jeszcze bardziej oficjalnie będziecie mogli to robić, gdy decyzja o przyznaniu mi stopnia przejdzie przez Radę Naukową (nowe wizytówki tak czy inaczej są już w drodze). Planuję napisać porządny post na ten temat… Właściwie nie tyle na temat samej obrony, co 4 lat spędzonych na robieniu doktoratu na polskiej uczelni. Jest o czym opowiadać, w czym doradzać, przed czym przestrzegać. Chyba jednak poczekam z tym do chwili odebrania dyplomu ;) Inne plany publicystyczne zakładają przygotowanie okolicznościowego wpisu na temat świnki Jezus i najgorszej podróży w moim życiu… Ale powoli. Przez chwilę zapomniałam, co skłoniło mnie do wyłączenia Parenthood. Nie jest dobrze.

Mieszkam w starej dzielnicy miasta, bardzo blisko centrum. Wspólnota mieszkaniowa składa się z 10 właścicieli, przy czym faktycznie są to właściciele, a nie czynszowi lokatorzy, zatem można by zakładać, że wszystkim zależy na utrzymaniu w dobrym stanie zarówno kamienicy, jak i międzysąsiedzkich stosunków.

Widok z mojego balkonu w jeden z gorszych dni

Tylko wspomnę w tej historii sąsiadów Z, którzy, choć przemili i zawsze częstują wszystkim, co akurat mają w domu, charakteryzują się skrajną, rzadko spotykaną beztroską, która w co lepszych momentach pozwala im na przykład napalić w nieużywanym od 20 lat piecu kaflowym bez sprawdzenia, gdzie i czy w ogóle jest podłączone jego ujście (obudziliśmy się w kłębach czarnego dymu i zadzwoniliśmy po straż pożarną).

Pominę sąsiada N, który od lat zalega z płatnościami na konto wspólnoty, mimo że posiada kilka samochodów a w niedzielę jada z rodziną w eleganckich poznańskich restauracjach, tłumacząc przypadkowo napotkanym współmieszkańcom, że „przecież w pewnym wieku człowiek ma już swoje przyzwyczajenia.”

Dziś skoncentruję się na przypadku pozornie bardziej zakamuflowanym.

Zacznę od wyciągnięcia historii z przeszłości, która powinna była mnie ostrzec, ale na którymś etapie uleciała mi z pamięci. Otóż jakieś dwa lata po wprowadzeniu się do tego mieszkania Mąż i ja postanowiliśmy pożegnać się z trójką współlokatorów i zaanektować na nasze potrzeby całe mieszkanie. Przeróbki zaczęliśmy (na dobrą sprawę również zakończyliśmy) na remoncie jedynego pokoju, który jest położony od strony podwórka. Tak jest przyjemniej i nie chodzi nawet o tramwaje (chociaż nadal planuję wstawić na balkon wiadro kamieni i ciskać w motorniczych, który opierają się na dzwonku, gdy jakiś gapiowaty kierowca zaklinuje się w korku wystawiwszy tyłek na tory i jedyne, co może go uratować, to zmiana światła) czy nocne autobusy. Największym problemem było dla mnie to, że w związku z dużym ruchem w ciągu dnia, wszelkie roboty drogowe w tej okolicy są prowadzone w nocy. Młot (pneumatyczny czy nie) wyrywający mnie ze snu o 2 w nocy to jednak przegięcie, zwłaszcza, jeśli wyglądając przez okno widzę pana, który zamachując się tym dziwnym urządzeniem o jedynie parę cali mija mój samochód.

Podczas remontu sypialni wykryta została pewna anomalia. Kierownik budowy/remontu zawołał nas do pokoju i kazał popukać w ścianę. Pokój mieści się właściwie nie w samej kamienicy, ale w oficynie (dlatego jest nad nim stryszek, a nie kolejne piętro), stąd wcześniej nie dziwiła nas za bardzo jego nadmiarowa przepuszczalność dźwiękowa. W każdym innym pokoju mogliśmy o czwartej rano grać w piłkarzyki albo drzeć się do guitar hero, ale w tym jednym słychać było sąsiadów (więc, jak sądzę, sąsiedzi mogli słyszeć także nas). Pewnego dnia zagadnęłam – tamdadam – sąsiada C o tę kwestię. Powiedział, że nic nie słyszą i nie wie o co chodzi. Jakie więc było moje zdziwienie, kiedy ściana wydała głuchy dźwięk, a po zdjęciu płyty gipsowej naszym oczom ukazały się… DRZWI. Drzwi w stylu tych montowanych w blokach w latach osiemdziesiątych: mocniejsze kopnięcie i byłoby po nich. Jednak tym razem drzwi nie trzeba było kopać. Były zamknięte (od naszej strony, co za ulga, buahaha) na SKOBELEK. Po otwarciu skobelka i naciśnięciu klamki (na co odważyła się sąsiadka Z), drzwi uderzyły w szafę sąsiada C.

Po prostu.

Do dzisiaj nie rozumiem, dlaczego twierdził, że nie wie, w jaki sposób dochodzą do nas dźwięki pianina jego córek. Biednych córek – nie wiem, jak długo w dorosłym życiu będą płaciły za to, że tylko cienkie drzwi dzieliły je od sypialni obcego młodego małżeństwa. Chociaż jestem coraz bliżej postawienia tezy, że jedynym powodem „niewiedzy” były możliwe koszty związane z koniecznością zamurowania otworu w ścianie. W końcu zrobiliśmy to sami i nadal żałuję, że przed dołożeniem ostatniej cegły nie zdecydowałam się na wpuszczenie tam gryzonia. CO NAJMNIEJ chomika, najlepiej z egzemą.

Niestety, zdarzenie to zniknęło w mrokach mojej coraz bardziej alzheimerowej pamięci i bardzo, bardzo źle się stało.

Otóż parę dni temu, w czwartek, po spotkaniu związanym z bieżącymi sprawami wspólnoty, sąsiad C oznajmił, że ma do mnie prywatną sprawę. Powiedział, że robi w domu drugą łazienkę, „przy sypialni”, i chciałby podłączyć odpływ z niej (w postaci jednej grubej rury od wc i 4 mniejszych) do zbiorczej rury w mojej piwnicy. Aha, muszę tu wyjaśnić jeszcze jedną kwestię: moja piwnica jest dosyć duża. Ma 80 metrów kwadratowych i dość ciekawy układ, który możecie podziwiać na załączonym rysunku. W tej chwili jest ona w stanie mniej niż surowym (klepisko) jednak w przyszłości zamierzam ją wykorzystać, przekształcając na przykład w biuro, o czym rzeczony sąsiad od dawna dobrze wie („Ale nie zrobi tam pani pubu?”). Niestety, piwnica nie znajduje się bezpośrednio pod moim mieszkaniem. Nad pomieszczeniami 1 i 2 jest sklep, nad 3, 4 i 5 – oficyna sąsiada C.

Moja piwnica. Potencjał, od realizacji którego dzieli mnie spora inwestycja. Oraz RURA. Żadne proporcje nie zostały zachowane.

Odpowiedziałam, że zasadniczo nie chcę blokować mu możliwości zrobienia sobie dodatkowej łazienki, ale musiałby wypuścić tę rurę w ostatnim pomieszczeniu (nr 5 na rysunku) i możliwie blisko ściany, chciałabym także, żeby zebrał rury w jedną jeszcze na poziomie swojego mieszkania. Powiedziałam, że pomyślę o tym i w najbliższych dniach dam mu odpowiedź. W piątek pan C (nazywający w różnych notatkach samego siebie PANEM C) zatrzymał jeszcze mojego Męża, który powiedział mu wyraźnie, że nie da mu żadnego pozwolenia bez uprzedniej konsultacji ze mną.

W sobotę rano wystosowałam długiego maila do sąsiada C, w którym starannie wyłożyłam swoje propozycje, do negocjacji:

  • wkopanie rury w ziemię (to bądź co bądź klepisko),
  • wkucie jej w ścianę, jeśli wychodzi w innym miejscu, niż sam koniec piwnicy,
  • wykup ostatniej części piwnicy (to ostatnie wydaje się jednak niemożliwe w świetle polskiego prawa).

W sobotę rano chwilę później dowiedziałam się, że sąsiad C zamontował już rurę w mojej piwnicy.

To gdzie stawiamy twoje biurko? Ciało obce w mojej piwnicy. Nie przegap ukrytego znaczenia w głębi.

Fakt – moja wina, że nie naprawiłam zepsutej podczas którejś próby włamania (po kompoty chyba albo starą kanapę) kłódki, która co prawda się zamyka, ale da się otworzyć bez użycia klucza. Sąsiad C wtargnął (włamał się, do cholery) do mojej piwnicy, przewiercił się przez sufit w pomieszczeniu nr 3 i poprowadził rurę przez 3 pomieszczenia, aż do rury zbiorczej, przy czym, w ramach oszczędności materiału, poskracał sobie wszystkie rogi (patrz zdjęcie, polecam instalację na drugim planie).

Żebyśmy się dobrze zrozumieli, zachodzą tu następujące fakty:

  • Sąsiad C równie dobrze mógłby poprowadzić rurę przez swoje mieszkanie i przebić się na samym końcu, ale to wymagałoby od niego przewiercania się przez parę ścian w swoim mieszkaniu i oznaczałoby potrzebę maskowania rury oraz dobywających się z niej dźwięków.
  • Sąsiad C ma w swoim mieszkaniu przynajmniej jedną sprawną łazienkę
  • Sąsiad C doskonale wiedział, że nie ma pozwolenia na taką akcję.
  • Nie ma najmniejszych wątpliwości co do tego, że widoczna na rysunku i zdjęciu piwnica w całości przynależy do mojego mieszkania.
  • Sąsiad C był w mojej piwnicy i dobrze wie, że jej wysokość skutecznie uniemożliwia operacje takie, jak montowanie podwieszanego sufitu.
  • Sąsiad C nie jest pozbawionym prawa do edukacji i obcowania z kulturą menelem spod budki z piwem, tylko pracownikiem umysłowym, mężem i ojcem dwóch córek.

Zapytany, co właściwie sobie myślał, sąsiad C nazwał sytuację „splotem niefortunnych okoliczności ” (= jego ekipa budowlana akurat miała czas) i oznajmił, że „wcale nie jest z siebie dumny, ani nie czuje się zwycięzcą ”, a poza tym „czekał na naszego SMS-a ” (przy czym nie widzę w swoim telefonie 100 nieodebranych połączeń od człowieka, który desperacko chce się ze mną skontaktować – prawdę mówiąc, nie widzę ani jednego). Wyraził również chęć „wypracowania kompromisu przy grillu ”. Dodam, że nie mam zwyczaju grillować z sąsiadem C, nie tylko dlatego, że nie jem kiełbasek, ale przede wszystkim w związku z tym, że nigdy na żadnego grilla mnie nie zaprosił. Zastanawia mnie także jego rozumienie słowa kompromis. Kiedy dojdzie już do spotkania (chwilę po tym, jak mój radca prawny nada dokumenty listem poleconym) zamierzam zaproponować mu, że ustawię na środku jego salonu wielki, przemysłowy kubeł na śmieci, a potem w ramach kompromisu zmniejszę go na taki mały, jednorodzinny, który zostanie już tam po wsze czasy – dokładnie zgodnie z rozumieniem słowa przez pana C.

W tej historii bez morału dobija mnie kilka rzeczy. Pierwsza z nich to złamanie mojego prawa własności, czyli jednego z ostatnich praw, które są jeszcze w tym kraju traktowane w miarę poważnie. Druga to zrobienie świństwa życzliwemu i kulturalnemu sąsiadowi (mi) w tak małej wspólnocie. No i trzecie, rozjuszające mnie najbardziej: nie pierwszy raz widziane pomylenie uprzejmości ze słabością. On naprawdę założył, że mu się to upiecze, że nie będę miała siły (albo czasu?) na reakcję. Dawno temu nauczyłam się, że istnieje grupa ludzi, wobec których trzeba zachowywać się w sposób chamski, na których trzeba krzyczeć, gdyż nic innego do nich nie dociera – jednak nie jest to metoda, która stosuję z wyboru. Może powinnam. Załamka numer cztery: przecież ja bym mu pozwoliła poprowadzić tę rurę we w miarę niekłopotliwy dla mnie sposób… W tej chwili nie ma już o czym mówić.

Jeśli historia wydaje się Ci nieprawdopodobna, oto opinia mojego redaktora B:

Sytuacja jest na tyle absurdalna, że musi być prawdziwa.

Ubuntu (pl)

31 Dec

(click here for English version of this post: Ubuntu (en))

Naszło mnie, kiedy znajomy informatyk (od razu przepraszam za uproszczenie) znalazł na półce w Tesco napój o nazwie Ubuntu Cola (poniżej zdjęcie ze strony http://www.ethicalsuperstore.com/) i umieścił zdjęcie na Facebooku w ramach branżowego żartu. Moi drodzy, Ubuntu Cola (żeby nie było, nie jestem w stanie zignorować komizmu tej nazwy) to nie podkradanie marki dystrybucji Linuksa, tylko nawiązanie do tej samej idei, której zawdzięcza ona swoją nazwę.

Ubuntu to afrykańska filozofia, której zwolennikiem jest między innymi Nelson Mandela. Samo słowo Ubuntu bywa tłumaczone jestem, ponieważ jesteśmy. U podstaw tej humanistycznej filozofii leży odrzucenie indywidualizmu, poszanowanie wartości ludzkiego życia, wspólnota, resocjalizacja w miejsce kary, dialog i tolerancja. Desmond Tutu (swoją drogą, laurerat Pokojowej Nagrody Nobla) pisze (tłumaczenie własne, oryginał w angielskiej wersji postu, jeśli ktoś zna oficjalne i ładniejsze, zachęcam do wskazania), a ja cytuję za The African Philosophy Reader:

Ubuntu to sama istota bycia człowiekiem, to część daru, który Afryka ofiaruje światu. Ubuntu to gościnność, dbanie o innych, wychodzenie im naprzeciw. Wierzymy, że człowiek jest człowiekiem poprzez innych, że moje człowieczeństwo jest nierozerwalnie związane z Twoim. Jeśli odmawiam Ci człowieczeństwa, niepowstrzymanie odmawiam go także sobie. Pojedyncza istota ludzka to oksymoron. Z tego powodu pragniemy pracować dla dobra ogółu, gdyż człowieczeństwo wyraża się we wspólnocie i przynależności.

Pasuje do ruchu wolnego oprogramowania, prawda? :)

Słowo to w kontekście innym niż linuksowy poznałam podczas organizowanych przez British Council warsztatów Międzykulturowi Nawigatorzy, które nauczyły mnie dość sporo, ale o tym zaraz. Pamiętam dość długo blok zajęć, bogato ilustrowany materiałem filmowym, w którym przedstawiciele afrykańskich plemion mówili o tym, jak wdrażają tę ideę w życie. Jeśli ktoś nie ma picia lub jedzenia, należy o niego zadbać. Jeśli ktoś nie ma siły do pracy, należy mu pomóc i go wyręczyć, i tak dalej. Przez cały czas moja wschodnio-zachodnia głowa próbowała znaleźć odpowiedź na jedno pytanie: „jak ochronić się przed oszustwem”? Jak długo można „nie mieć sił do pracy”? A co, jeśli ta osoba przez całe życie będzie odprężała się kosztem wysiłków całego plemienia, i nigdy nie zwróci nawet ułamka otrzymanych przysług i wysiłków? Odpowiedź była jedna: „nic nie szkodzi”, nie chodzi o to, żeby je zwrócił, nie to jest celem.

Skoro już jesteśmy przy tym temacie (spójrz jeszcze raz na zdjęcie z puszką Ubuntu Coli), w Poznaniu otworzył się właśnie pierwszy sklep w całości poświęcony produktom Fair Trade, choć poszczególne produkty od dłuższego już czasu można dostać w niektórych poznańskich sklepach, takich jak Alma czy sklepik Folwarku Wąsowo. Pisząc ten post sprawdziłam wreszcie lokalizację sklepu FT – okazało się, że mijam go często w drodze do pracy (tzn. wtedy, gdy jadę samochodem i parkuję pod domem mojej siostry). Wkrótce zdam relację.

Wracając do Nawigatorów… Nie pamiętam nawet, jak to się stało, że zgłosiłam się do tego programu. Przez kilka miesięcy jeden weekend w miesiącu miałam zajęty spotkaniami z grupą najbardziej zdeterminowanych i świadomych własnego celu ludzi, jakich spotkałam w życiu. Wydaje mi się, że na spotkaniach każdy z nas w ogromnym stopniu odnalazł siebie i nauczył się wiele o innych ludziach. Pod koniec warsztatów mieliśmy szansę aplikować o finansowanie projektów związanych z tematem integracji między kulturami, dzięki czemu kilka miesięcy później przeprowadziłam (wspólnie z kilkoma poznańskimi przyjaciółmi, pozdrowienia dla Ewy oraz Męża, który nie może się doczekać pojawienia się na blogu) warsztaty Babcie do komputerów! – cudowne doświadczenie, tyle że efektem ubocznym było stworzenie grupy spamerów w podeszłym wieku – może wykopię gdzieś różowe szablony maili, które do dziś co jakiś czas otrzymuję. Na razie zdjęcie, więcej na stronie pamiątkowej projektu.

Może ktoś ma ochotę na powtórkę?

Szczęśliwego Nowego Roku!

Follow

Get every new post delivered to your Inbox.