Wsadźcie sobie w **** ten apostrof

24 Apr

Będzie krótko i do rzeczy.

Dostaję szału, widząc, jak część moich (przeważnie wykształconych) znajomych nadużywa znaku, który w języku polskim bardzo rzadko ma jakiekolwiek uzasadnienie.

Rozumiem stosowane dla wygody uproszczenia przyspieszające proces tworzenia tekstu, który ma się pojawić w Internecie. Brak polskich znaków, skróty, zubożona interpunkcja – wszystko rozumiem. Nie rozumiem natomiast kompletnie, po co masa osób wpycha do tekstu nadmiarowy znak , który jest w danym tekście całkowicie zbędny. Z tego powodu postaram się krótko wyjaśnić, kiedy używamy apostrofu podczas odmiany wyrazów obcojęzycznych, a zwłaszcza obcojęzycznych nazwisk.

Zacznijmy od najprostszego argumentu.

Jeśli ktoś nazywa się Adam Nowak, w dopełniaczu użyjemy formy Adama Nowaka. Czy Waszym zdaniem, gdyby Adam Nowak nie był czystej krwi Polakiem, tę odmianę trzeba by zapisać jako Adam’a Nowak’a? Oczywiście, że nie… W takim razie, dlaczego bez przerwy widzę potworki w stylu James’a Bond’a?!

Wbrew pozorom, sprawa jest prosta: apostrofu używamy wtedy, kiedy nazwisko kończy się niewymawianą literą (najczęściej jest to samogłoska e) i intuicyjnej odmiany po prostu nie da się sensownie zapisać po polsku. Apostrofu użyjemy zatem, odmieniając nazwisko Remarque (Remarque’a), ale nie Heller (Hellera).

I TYLE.

Jeśli ktoś chce podrążyć głębiej, serdecznie zachęcam do zakupu dzieła pod tytułem „Polszczyzna na co dzień”, które jest dla mnie nieocenionym źródłem informacji w wielu miejscach, w których kończą się kompetencje bardziej tradycyjnych słowników. O Internecie nie wspominając.

Skoro już weszłam na temat poprawności językowej, a nie zamierzam robić tego często, na koniec chciałabym jeszcze przypomnieć wszystkim, jak odmieniamy wyraz cudzysłów w liczbie pojedynczej:

  • M: cudzysłów
  • D: cydzysłowu
  • C: cudzysłowowi
  • B: cudzysłów
  • N: cudzysłowem
  • M: cudzysłowie
  • W: cudzysłowie

Uprzedzając pytania, informuję, że wszystko się zgadza – nie występuje tam forma cudzysłowiu.

Zapewne złamałam parę zasad, pisząc ten tekst… Zapraszam do wytykania :)

Na koniec zadanie domowe. Spróbujcie odmienić następujące nazwiska:

  1. Sherlock Holmes
  2. Bruce Eckel
  3. Spock
  4. Clark Gable
  5. Alain Resnais

Tags: ,

Przy czerwonym winie, o kobietach w informatyce, z kobietami w informatyce

14 Apr

(click here for English version of this post: Talking to Girls in IT)

Właściwie od pierwszych chwil istnienia tego bloga miałam zamiar zogranizować serię rozmów z kobietami, które zajmują się informatyką. Okazało się, że potrzebowałam jednak lekkiego kopa, żeby zabrać się do pracy – rolę tę uprzejmie spełnił blog konferencji GeeCON (angielska wersja tego wpisu została opublikowana również tam). W czwartek (przedwczoraj) spotkałam się z trzema programistkami, żeby porozmawiać z nimi o roli, miejscu i sytuacji kobiet w informatyce.

Zaczęłam tę rozmowę pytaniem o powów wyboru informatyki jako kierunku studiów, a także o reakcje ludzi dokoła. Oto, co odpowiedziały dziewczyny:

  • Eliza (programuje w Delphi, C# i JS): Tak naprawdę to początkowo chciałam studiować psychologię, ale w trzeciej klasie okazało się, że nie daję sobie rady z biologią. Zawsze lubiłam matematykę, dlatego w końcu wybrałam informatykę. Rodzina nie zareagowała w żaden charakterystyczny sposób. Zawsze lubiłam też grać na komputerze – uwielbiałam Boulder Dash.
  • Ewa (obecnie używa Rails i JS, ale jako właścicielka małej firmy ma osobiste doświadczenia z ASP, C#, PHP i Javą): Komputery pociągały mnie od dziecka. Dużą przyjemność sprawiało mi siedzenie przy komputerze mamy (Eliza: szczególnie ogladając porno), kopiowanie folderów, tworzenie prostych plików wsadowych… no i gra w Prince of Persia. Oboje rodzice pracują w dziedzinach technicznych (telekomunikacja i programowanie), dlatego cieszyli się z tych zainteresowań, chociaż każde próbowało namówić mnie do wyboru swojej dyscypliny. Jednak przed rozpoczęciem studiów w ogóle nie programowałam, jeśli nie liczyć AC Logo.
  • Magda (Java serwerowa, aplikacje na Androida, aplikacje internetowe w Javie): Mam w rodzinie tradycje matematyczne. Moi rodzice są nauczycielami matematyki, więc mój wybór nie był jakiś dziwny. Miałam zdolności w tym kierunku. Poza tym lubię rozwiązywać abstrakcyjne zagadki, a programowanie dla mnie to jak układanie z klocków!

(Wychodzi na to, że w tym towarzystwie tylko ja programowałam w Basic na Commodore 64, czyli swoim prezencie komunijnym).

Pytałam również o rozważane inne kierunki studiów. Agnieszka wspominała o psychologii. Ewa przez chwilę myślała o polonistyce, jednak ponieważ można było złożyć papiery tylko w 3 różne miejsca, zarzuciła ten pomysł. Magda ukończyła dwa kierunki: matematykę i informatykę. Początkowo interesowała się matematyką stosowaną, jednak teraz jest zadowolona z tego, że wybrała programowanie.
Eliza mówi, że nie chciałaby, żeby jej dziecko było programistą – „bo to nudne”. Absolutnie się z nią nie zgadzamy, jednak trzeba przyznać, że jest to praca, o której trudno rozmawia się z ludźmi robiącymi coś innego.

W następnej kolejności zadałam dziewczynom pytanie, jaki był stosunek dziewczyn do chłopaków w ich szkole, na studiach i w pracy. Zapłaciłam karę za ten skrót myślowy – Ewa podała mi konkretne liczby, natomiast pierwszą odpowiedzią Elizy było „lubiłyśmy ich” :)

Konkretne liczby:

  • Eliza: 20-10 w liceum (rozszerzony angielski), 14-48 na uczelni (to mój rok, dlatego liczba może się Tobie wydawać znajoma – podałam ją we wcześniejszym wpisie na blogu GeeCON), 4-22 w pracy.
  • Ewa: 11-20 w szkole (mat-fiz), 14-48, 3-3 w obecnej pracy (kierownikiem projektu jest kobieta, której zależy na zatrudnianiu kobiet, po części dlatego, że produkt jest związany z modą i faceci mają problemy z identyfikacją z nim; przez wiele dni wyśmiewali się ze słodkiego wielkanocnego zajączka, którego dziewczyny wstawiły na stronę).
  • Magda: 1/3 dziewczyn w liceum („ale to dziewczyny były lepsze”), nie pamięta dokładnych liczb z uczelni, ponieważ każde zajęcia odbywały się w innym składzie. Na pewno chłopaków było więcej. W pracy 3-10.

Kolejne pytanie: Czy Twoim zdaniem kobiety i mężczyzni na kierunku technicznym na studiach są traktowani tak samo? Jeśli nie, czy możesz podać przykłady nierówności (w obie strony)?

Spodziewałam się, że usłyszę kilka hardkorowych historii, jednak okazało się, że wcale nie jest tak źle. Oto, co wymieniły dziewczyny:

  • Magda: Panie w dziekanacie zawsze były milsze dla mężczyzn, zwłaszcza tych przystojniejszych :) Poza tym nie przypominam sobie, więc chyba grubszych spraw nie było.
  • Ewa: Jeden z prowadzących rozmawiał tylko z chłopakami, nawet jeśli mieli bardzo blade pojęcie o wspólnym projekcie, a przy tym ciągle mówił do nas „panowie”.

Ewa zwróciła za to naszą uwagę na nieco inną kwestię. O ile prowadzący z reguły nie mieli żadnych problemów z płcią studentów, to w drugą stronę sytuacja nie zawsze wyglądała tak samo. Część naszych kolegów z premedytacją zapisywała się na zajęcia prowadzone przez atrakcyjne dziewczyny, traktując je bardziej jako obiekt seksualny niż kompetentnego nauczyciela w istotnej dla nas dziedzinie.

Powtórzyłam to pytanie jeszcze raz, ale w kontekście pracy zawodowej:

  • Ewa opowiedziała nam o paru spotkaniach biznesowych, na których potencjalni klienci rozmawiali tylko z jej wspólnikiem, mimo że w wielku kwestiach to ona ma większą wiedzę – ale mogło tam chodzić o kwestie autoprezentacji i smiałości w kontaktach.
  • Eliza wspomniała historię, w której rozwiązała koledze problem, z którym zmagał się od dłuższego czasu. Kolega pochwalił ją przy szefie. Szef spytał, jak Elizie udało się znaleźć rozwiązanie, a ona odpowiedziała, że wyszukała je w Google. „Aha, czyli miałaś szczęście” nie było raczej adekwatną reakcją.
  • Magda czasami w obecnej pracy spotyka się ze stwierdzeniem ze strony kolegów, że robi coś w inny sposób, bo jest kobietą. „Strasznie mnie to wkurza, bo co ma do rzeczy moja płeć.” We wcześniejszych miejscach pracy nie spotykała się z takimi komentarzami.

Chciałam również poznać opinię dziewczyn na temat ilości kobiet w informatyce. Czy jest naturalna? Czy kobiety nie chcą tego robić, nie potrafią, a może chodzi o coś jeszcze innego? Ostatecznie doszłyśmy do następującego wniosku: zmuszanie kobiet do pracy w tym zawodznie nie ma sensu, jednak zdecydowanie należy je zachęcać. Sam fakt, że programowaniem zajmuje się więcej mężczyzn niż kobiet nie jest niczym złym, ale aktualne proporcje nie odwzorowują realnego rozkładu umiejętności. Są warunkowane kulturowo: od małego słyszymy, że „chłopcy są lepsi w naukach ścisłych a dziewczynki w humanistycznych” a nawet że „chłopcy są zdolni, ale leniwi, a dziewczynki pracowite, ale przeciętne”.

Stereotypy działają w obie strony. Słyszymy że „tylko brzydkie dziewczyny idą na politechnikę”, „na informatykę laski idą po to, żeby łatwo znaleźć męża”, ale także „jeśli pójdziesz na techniczne studia, faceci będą cię szczypać w tyłek”.

Parę tygodni temu, gdy trwały protesty w sprawie ACTA, Ewa została zaproszona na oficjalną imprezę. Przedstawioną ją, razem z jej szwagrem jednemu z polskich ministerów. Oboje zostali zaprezentowani jako informatycy, z naciskiem na to, że Ewa zajmuje się programowaniem. Minister spytał szwagra, co sądzi o ACTA a gdy ten odparł „nie wiem, nie czytałem” – kompletnie zarzucił temat, nie dając Ewie okazji do wyrażenia swojej rozbudowanej opinii.

Wracając do stosunku liczby kobiet do liczby mężczyzn. Zgodziłyśmy się, że parytety nie mają sensu. Jednocześnie żadna z nas nie wolałaby pracować w warunkach dokładnie odwrotnych proporcji ;) Jednak więcej dobrych dziewczyn w informatyce to rzecz naprawdę pożądana. Popieramy wszelkie inicjatywy mające na celu zwiększenie udziału kobiet w tym zawodzie, pod warunkiem, że nie prowadzą one do wykluczenia facetów (spójrzmy jednak prawdzie w oczy, od tego jesteśmy jeszcze bardzo daleko. Polecam zdjęcie GeeCON-owej publiczności które ilustruje ten post na stronie konferencji).

Pod koniec rozmowy próbowałyśmy odpowiedzieć na pytanie, czy istnieją obszary informatyki, w których my (lub „większość kobiet”) sprawdzamy się lepiej niż mężczyźni.

Wygląda na to, ze większość kobiet ma jednak lepsze umiejętności komunikacyjne niż większość mężczyzn. Obecność paru kobiet w zespole ma bardzo dobry wpływ na atmosferę pracy. Często mamy więcej cierpliwości podczas objaśniania różnych spraw, także osobom spoza naszej dziedziny. Nie nosimy w sobie głębokiej nienawiści do pisania dokumentacji! :) Chociaż czasami praca ta nie jest odpowiednio doceniana. Być może łatwiej jest nam przyznać, że (jeszcze) czegoś nie wiemy. Obawiam się trochę, że ta cecha wcale nie wychodzi nam na korzyść: inaczej odbierane są osoby, które zaczynają zdania od „uważam, że”, a inaczej te, które mówią „jestem pewien”. Nie potrafimy wskazać żadnych poważniejszych różnic, jeśli chodzi o poziom, sposób czy styl kodowania.

W tym miejscu historyjka o znanym nam mężczyźnie, który deklaruje, że nigdy nie zatrudni kobiet, ponieważ nie wie, jak z nimi rozmawiać. Twierdzi, że jeśli skarci pracownika-mężczyznę i powie mu, że powinien robić coś inaczej, ten powie „OK” i weźmie się do pracy. Kobieta, według, niego ”zamknie się na pół dnia w łazience i będzie płakać”. Pomijając już to, że żeby zgłaszać takie obserwacje, trzeba by jednak zatrudnić kobietę – po pierwsze, żadna z nas nie płacze z takiego powodu (dwa razy w życiu płakałam w łazience w pracy, oba razy po konkretnych seksistowskich uwagach kompletnie niezwiązanych z moją pracą). Po drugie, moje doświadczenie uczy, że co prawda wiele osób powie „OK”, co nie zmieni jednak faktu, że spróbują się za to trochę odegrać, gdy nadarzy się okazja.

Zakończę ten radosny wpis cytatem z Magdy:

Wybrałam taki zawód, bo lubię. Chociaż czasami poziom frustracji sięga zenitu! Nie rozumiem natomiast dziewczyn, które w swojej pracy chcą udowodnić, że są lepsze od mężczyzn. Nie o to chyba w życiu chodzi żeby komuś coś udowadniać.

Zielona Weranda: informacja praktyczna dla poznaniaków

Spotkałyśmy się w restauracji/kawiarni Zielona Weranda na Padarewskiego. Nie byłam tam od kilku lat. Miejsce jest bardzo miłe i gwarne, mają pyszne jedzenie i napoje ALE chciałam zwrócić Waszą uwagę na rachunki. Eliza zapłaciła za nas swoją kartą bez specjalnej analizy, a my chciałyśmy oddać jej kasę. Okazało się, że na rachunku – dość enigmatycznym, gdyż zawierał pozycje takie jak „napój” „alkohol” i „przystawka”, brakuje odpowiadających sobie dwóch wartości związanych z zamówioną wodą mineralną (z kawałkami owoców w szklance, mniam). Rachunek zawierał za to niepasujące do niczego innego wpisy 5 i 50 złotych. Poszłam wyjaśnić sprawę z kelnerem i okazało się, że „przypadkiem dopisało mu się jedno zero” (nie wiem na jakiej klawiaturze te dwie cyfry są obok siebie).

Nie mam pojęcia, czy ta nieelegancka pomyłka była zamierzona, czy nie. Myślałam, że kelner cofnie transakcję i pozwoli Elizie zapłacić jeszcze raz, ale oddał jej kwotę w gotówce. Co więcej – nie oddał jej należnych 45 zł tylko 50 (bez żadnego komentarza na ten temat, oczywiście oprócz przeprosin)… Więc tym bardziej nie wiem, czy był zmęczony, wyrachowany, czy po prostu nie potrafi liczyć.

Tak czy inaczej – to bardzo bardzo miłe miejsce (chociaż dla osób z klaustrofobią ma zbyt wiele zbyt nisko zawieszonych włóczkowych pomponów – informacja z pierwszej ręki), ale patrzcie na rachunki.

Tags: , , , , ,

Talking to Girls in IT

13 Apr

(po polsku: Przy czerwonym winie, o kobietach w informatyce, z kobietami w informatyce)

I had the idea of a series of posts based on conversations with other women who do computer-related stuff from the very beginning of this blog’s existence, but it turned out I needed a little extra push to put the thought into practice. The push finally came in the form of the GeeCON blog (the post will also appear there). Yesterday I met up with 3 programmer girls (women, actually, we are all close to 30) to discuss women participation in computer science.

My first question was about the decision to study computer science, and the reactions of people around. Here is what the girls said:

  • Eliza (works with Delphi, C# and JS): Well, honestly, first I wanted to study psychology, but it turned out (and quite late!) that I suck at biology. I have always liked maths, so here I am. I would not say that my family had any particular kind of reaction to this field of studies. And I have always liked computer games, my first favourite was Boulder Dash.
  • Ewa (currently works with Rails and JS, but as a small company owner she also has professional experience in ASP, C#, PHP and Java): I felt attracted to computers since I was a kid. It was great pleasure for me to just sit at my mother’s computer and copy folders (Eliza says: and you’re sure there was no porn involved?) or play Prince of Persia. Both my parents have technical professions (telecommunications and programming), so they were very supportive, only fought a little about which of those two directions was better suited for me. I had not done any programming before going to university, though, unless you count AC Logo.
  • Magda (server-side Java, Android apps, Java web apps): I come from a family with maths traditions; both my parents are maths teachers, so in many ways it was a natural choice. I have always been good with computers. Besides, I like to solve abstract riddles. Programming to me is like playing with building blocks. My family was happy about this choice, mostly because it is a solid education.

(Am I the only one who actually did Basic programming on C64 I got as a First Communion gift?)

When asked about other studies possibilities they had considered, Ewa said she had thought about Polish studies for a while, but since you were only allowed to apply for 3 places, she left this idea behind. Magda graduated from both maths and computer science. At first she was interested in applied mathematics, but is now happy with the programmer job.

Eliza says she would not like her own child to study computer science, “because it is boring”. We disagree (completely!), but then admit that it is a job that is hard to talk about with people who do something else.

Then we discussed the females to males ratio at school and at work. The funny thing here is that in Polish ratio and attitude are the same word (stosunek), so the first thing Eliza answered was “we like them”. :)

Here are the numbers the girls gave me:

  • Eliza: 20-10 at secondary school (extended English class), 14-48 at university (my year, so you may recognize the number from a previous GeeCON post), 4-22 at work.
  • Ewa: 11-20 at school (science class), 14-48, 3-3 at current work (the project manager wants to hire girls, partly because it is a fashion-oriented project, and the boys have problems identifying with the product; the sweet Easter bunny that the girls put on th project website was heavily mocked).
  • Magda: 1/3 of girls at school (“but the girls did better”), she doesn’t remember the numbers for uni because every class you had was with different people, 3-10 at work.

Then I asked the girls about whether they felt they were treated on the same terms as the boys while at university. I heard no hardcore stories, here is what they mentioned:

  • Magda: the ladies in the faculty office were always nicer for boys, especially those good-looking ones.
  • Ewa: there was this one professor who only talked to guys, even though I was the one who did most of the project, and he addressed us as “gentlemen”.

Ewa mentioned another thing here: the professors -> students line was ok, but the same thing could not always be said about male students -> female professors. We had guys enrolling for a class lead by an attractive girl just because of the way she looked, completely dismissing her intellect.

Then I asked the same question, but this time about professional life.

  • Ewa mentioned business meetings in which the prospective partners only talked to guys, but she says it might be more of a personal presentation matter.
  • Eliza told us a recent story in which her colleague was having huge difficulties with a task, so she decided to help him and managed to find the solution in Google. When her boss heard about it, he told her “oh, so you just got lucky”.
  • Magda says she sometimes hears that she does certain (programming) things differently because she is a woman. “I am really angry about, what does it matter that I am a girl?”

My next question was about the number of girls in computer science. Is it natural? Is it that girls just do not want to do it, or are not skilled to do it, or is it something else? The general conclusion we came to is this: it makes no sense to force girls to do programming, but there is a lot of space left for encouragement. There is nothing wrong with the sheer fact that there are more men in computer science than women, but the current proportion does not reflect the real skills. It is a cultural thing: from early on we are told that “boys do better in sciences, and girls do better in arts”, or even that “boys are intelligent, but lazy, while girls are hardworking and mediocre”.

Stereotypes work both ways. We hear that “only ugly girls go to technical universities”, “girls in academic IT classes are there to find a husband easily”, but also that “if you choose technical studies, guys will pinch your bottom all the time”.

Ewa said she was at an official party some time ago, when the ACTA protests were at their peak. She was introduced to a Polish minister together with her brother-in-law, both as computer specialists, with stress on the fact that she is a programmer. The minister asked the guy about his opinion about ACTA, and when the guy said “I don’t know, I haven’t read it”, he dropped the subject, leaving Ewa with her plenty opinions unexpressed.

Back to the subject of the female-male ratio. We agreed that parities are nonsense here. Also, none of us would like to actually switch the proportions :) But more good girls in IT would be awesome! We all support girl-inclusion initiatives as long as they are healthy and do not exclude guys (but, let us face it, we are quite far away from that).

Finally we tried to find aspects of IT work when we (or “most women”) actually perform different then men.

It seems that most girls do have better communication skills than most men, so having a few girls on the team usually has a positive effect on it. We have more patience in explaining stuff, also to non-IT people. We do not hate writing documentation so much! :) But sometimes this kind of task is not appreciated enough (in our opinion). It might be easier for us to admit we do not (yet!) know something. I am afraid this is not a good thing, with women starting sentences with “I think that” and men with “I am sure that”… We are not aware of any serious coding differences.

An anecdote (?) to finish with is as follows. A guy we know says he will not hire women, because he does not know how to talk to them. He says: “If I tell a guy he should do something differently, he says OK. If I say the same thing to a girl, she locks herself in the bathroom and cries all day”. Even when you ignore the fact that he would have to hire a girl to actually notice something like that – first, none of us cries for reasons like this (I cried in the bathroom at work twice in my life, both times after serious sexist remarks unrelated to my work). Second – my experience is this: a lot of people will say “OK”, but remember it and wait for an occasion to fight back just a little bit.

I will end this cheerful post with a quote from Magda:

I have chosen this profession because I like it. There are moments, though, when my frustration level reaches unknown heights! I do not understand girls who want to prove they are better then boys. Life is not about proving things to other people.

Tags: , , ,

Computer Science Literature. A Few Remarks on IT Books Translation

9 Apr

(po polsku: Literatura informatyczna. Parę chaotycznych uwag na temat tłumaczeń)

From time to time I translate books… IT books, that is. The photograph shows my achievements in this field so far. For most works there are two copies: the original version and the author’s copy the publishing house is kind enough to send me.

I have just finished work on a new book about Google App Engine (http://www.essentialappengine.com/). Translation has always been a side job for me. Usually, during the process I curse it dearly (you see, last Saturday, instead of going drinking and/or dancing with my friends, I stayed at home to finish a chapter, and as a result I spent the evening talking to firemen extinguishing a fire in my building; obviously it was the book’s fault that I was at home, not the fire per se, but I wish somebody else had taken care of that). I translated the first book while doing my PhD, very soon after graduating from the Poznań School of Translation, Interpreting and Foreign Languages (I recommend the postgraduate studies to every wannabe translator/interpreter willing to sacrifice a 2-years-worth of weekends). I remember thinking it was the perfect combination: stay in touch with the language, learn new things from my professional domain, and make decent money. It turned out to be more or less true.

Many evenings spent at home. The translations and the originals.

I should not really be doing this anymore – I have a good, stable and inspiring job (though at this very moment I am just a little bit bitter, seems the ‘honeymoon’ is over after a year and a half). But… I get tempted easily :) The luring mechanism is quite simple indeed. My Helion editor, Mr. B., every now and then sends me a personalized list of books, asking if one of them is not interesting enough for me to consider translating it. After a few rounds of this game it turns out that I forget all about the toil translating a book after the hours of my daytime job took at me. Once again I start thinking that if I have to translate the book, it means I have to really understand it, and then I will really rock in this cool new technology. Then there is weeping and gnashing of teeth… And the one glorious moment (ok, one of the two glorious moment, the 80% paycheck after sending in the last chapter is quite nice too) when I unwrap a freshly printed book… I have learned not to open them too often, though. The first time I did it, I immediately saw a typo, possibly the only one the proofreaders missed.

Why did I suddenly decide to write a post about translating? The reasons are twofold: one is that the publishing house has changed its ‘policy’ recently. Now I can actually address the personally (using the 2nd person) – originally I was supposed to use the polite Polish 3rd person form (update: the editor tells me it was left for my decision from the very beginning, I wish I had remembered that). For years I had thought it was a nightmare trying to change those direct, informal American phrases to polite Polish forms. Then the situation changed, and I discovered a whole new category of problems. I will come back to it in a moment.

The other reason is a rant on Larsson’s Millenium translation that one of my friends posted on Facebook. You see, on the back cover of the allegedly translated book you can find words such as ousiderka or researcherka. The friend was considering filing for a compensation, but some people tried to defend the translator, arguing that the acquisition of foreign-language terms is a natural process. Well, here is what I think about it: sure the acquitions is a normal, or at least justified thing… PROVIDED THE WORD DOES NOT ALREADY EXIST IN THE TARGET LANGUAGE! Otherwise it is just the easy way out, unacceptable especially when done by a translator, i.e. a person profesionally working with language. One argument for the defense: it is true that popular books often have to be translated really, really fast.

A funny point came up in the Millenium discussion – not every foreign-sounding word is a calque or loan from another language. Somebody mentioned the Polish word prysznic, claiming it was German – when in fact it a Polish word inspired by Vincent Priessnitz, the founder of modern hydrotherapy (and apparently something else, if you read deep into the post-Hysteria publications).

In computer science, English language is omnipresent and overwhelming. I fully agree that it is pure nonsense to force people to invent local equivalents of newly created technical words. I do happen, though does not make me proud, to use (in speech only!) words like zakomitować (commit to a repository), dump or timeout. There are words that translators have challenged to many a duel, and usually lost terribly – framework is one I personally gave up on. The problem I see here is that many of foreign words introduced this way already have correct and understandable Polish versions. I refuse to tolerate plugins (there is a Polish equivalent wtyczka), use cases (przypadki użycia), forks… I break down on the sight of diagram kolaboracji (in Polish you sure can collaborate… with the occupants). To calm down the group of people that after reading this post has decided never to buy a book I translated: when using a Polish equivalent, I always give the original too, mostly to help people who had dealt with the English language documentation before.

Coming back to the researcherka story – there is a whole separate domain of quarreling about the female versions of profession names in Polish. It is a big thing, because in Polish every word has a grammatical gender (masculine, feminine, and the rarest neutral), that further influences adjectives (linguistic agreement) and even verbs (in past tense and conditionals). I HATE FEMALE ENDINGS IN PROFESSION NAMES WITH ALL MY HEART! I am unable to understand women who fight to have them introduced (the ministerka story with Polish female minister Mucha happened a day after I published the original post). A doctor is a doctor, what does it matter what sex the person is? All of this is made worse (in my opinion at least) by the fact that in Polish those female endings often suggest something smaller, a diminutive; a slightly less serious version of a job that would be done by a man. I do not want it, I do not need it. And as for those ‘lowbrow’ jobs that are usually performed by women and thus the formal name is feminine (in Polish it is for instance a nurse, a cleaning lady, a nanny) – I do not think it is so bad. The men who do this job will have to be called something. For some reason a kept man (utrzymanek) and a kept woman (utrzymanka) are equally popular forms.

So, why are those direct phrases used by American authors such a problem? As I said, in some past and also conditional cases Polish verbs reveal the gender of the subject. Translating phrases like if you removed line 3 is a disaster. If I do not use the direct 2nd person style, I can you auxiliary words like czytelnik (e.g. if the cautious reader…) – then the word (male, a female form exists but is strongly marked) enforces the gender of the verb and everything is fine. Sure, you can try to work around a bit, but if the author uses this style a lot, the situation becomes tiring for both the translator and the reader (the author shall be left in peace this time). In some English-language books the programmer reader is a she, but, as I said, in Polish it would not work; female forms of common words are heavily marked and would confuse readers of both sexes. A technical book should have a mostly invisible style. Still, facing a lack of other ideas, I might just try it next time… Though I have just made a promise to myself that the current book (actually, I have just sent the very last thing – the source code – to editor B.) is the last one.

At the end of this post I would like to tell an anecdote about a ghastly piece of cliche I was served by one of the book authors. It happens, and not so seldom, that American computer science books contain some minor factual errors: a piece of code that is supposed to compile but does not, an interface that is called a ‘class’, swapped explanations of two opposite options. As the translator, it is my right (and duty) to fix this kind of things. So, one day I found the following listing in a JavaScript book:

var jack = {
  read: function(what) {
    console.log('I just read that ' + what)
  }
};
var jill = {
  read: function(what) {
    console.log('You didn\'t hear it from me, but ' + what)
  }
};

So, what do we learn from this nicely laid out example? Well, what men do in life is reading, and what women do is gossiping. What, you did not know? A part of the so-called policy I should adhere to is that I Polonize the names of people in different examples, changing Johns to Jans. That time I was so angry I actually asked the editor (Mr. B., pleasure to work with) if I could use two names of the same sex. He said that if I cared so much I could even switch them :) Finally, I think, I stuck to the same-sex version. Boring, I know. This translation is my least favorite for many other reasons, by the way (and I mean the translation, not the book really).

If you are intrigued by the translation subject, here is a new lead for you: try to check the name of the @ character in different languages! To set you off: in Polish it is ‘the monkey’.

Tags: , , ,

SISU!!! (lapońska przygoda)

1 Apr

Ten wpis to dość mocno opóźnione tłumaczenie SISU!!! (the Lappish Adventure) z 16. marca. Z tłumaczeniami w drugą stronę też się nieco spóźniam, ale wygląda na to, że będę mieć znacznie więcej wolnego czasu niż wcześniej (chociaż kalendarz na przyszły tydzień obejmuje święta, dwa koncerty i jeden spektakl ;) ), więc wkrótce powinnam wyjść na prostą.

Jeśli ktoś czytał już wersję angielską i łaknie nowości – w międzyczasie popełniłam polityczny manifest (na zamówienie ;) ) na blogu konferencji GeeCON. Większość postów, które tam trafią, pojawi się też tutaj, ale ten jest na tyle bliski idei z mojego pierwszego posta, a z drugiej strony na tyle bezpośrednio związany z konferencją, że ograniczę się do wstawienia linku.

Na początku marca skorzystałam z (będącego właściwie prezentem ślubnym) zaproszenia przyjaciół i wybrałam się na wakacje do Laponii. Po dłuższym namyśle postanowiłam z tej okazji stworzyć pierwszy post w nowej, turystycznej kategorii travel. Nie liczcie na zbyt wiele wpisów z tej dziedziny w najbliższym czasie. Po zamieszaniu z egzaminami i obroną urlop stał się dla mnie towarem jeszcze bardziej deficytowym.

Podróż do Muonio była dość skomplikowana (poniżej trasa w wersji lądowej). Najpierw musieliśmy dostać się pociągiem do Warszawy, potem dolecieć do Helsinek, tam poczekać parę godzin na przesiadkę do Oulu, co pozwoliło Dawidowi na skosztowanie po raz pierwszy mięsa renifera – w formie przeogromnego hamburgera. Potem jadł je jeszcze w następujących daniach: makaron, pizza, poronkäristys, ozory, stek (konserwa leży w lodówce i dopiero czeka na konsumpcję). Na zupę z niedźwiedzia, dostępną w markecie w Oulu, jednak się nie skusił. W Oulu przenocowaliśmy w domu Michała i Saiji, a rano wybraliśmy się na zwiedzanie miasta. W centrum Oulu Dawid zapoznał się ze średnią głębokością północnofińskiego śniegu, kiedy zdecydował się na autorski skrót.


View Larger Map

Około południa ruszyliśmy (jeszcze bardziej) na północ. Dopiero w samym Muonio zdałam sobie sprawę z tego, że Saija oryginalnie stamtąd pochodzi! Od samego początku towarzyszyła nam zorza polarna. Jak tylko wysiedliśmy z samochodu zaczęłam rozstawiać zabrany specjalnie na tę okazję sprzęt, jednak po chwili dotarło do mnie, że niekoniecznie jest to najbardziej grzeczne zachowanie w sytuacji, gdy stoimy pod domem rodziców Saiji, którzy czekają na nas z kolacją. Rzuciłam się zatem do przeszukiwania torby celem wydobycia z jej głębin Uniwersalnych Darów z Polski (wiśniówka + ptasie mleczko). Pomyślałam, że skoro Aurory pojawiły się od razu, będę miała mnóstwo okazji, by sfotografować je w pełnej krasie. Nie pomyliłam się – skubane pojawiały się codziennie… W postaci bladych plam światła za grubymi, zakrywającymi całe niebo chmurami. Jedyne, co mogę zaoferować, to poniższe zdjęcie, na którym widać ślad znikającej już zorzy (swoją drogą, wiedzieliście, że one się ruszają?!).

Bajkowy domek i wspomnienie zorzy polarnej.

Prawdziwa przygoda rozpoczęła się krótko przed wspomnianą kolacją, kiedy przekroczyliśmy koło podbiegunowe. Zrobiłam to w pięknym, klasycznym stylu: chciałam naskoczyć na ziemię tak, by mieć stopy po dwóch różnych stronach równoleżnika. Niestety, mojej uwadze umknął fakt oblodzenia powierzchni, więc ostatecznie przekroczyłam magiczną linię pięknym ślizgiem na swojej pupie.

Po kolacji udaliśmy się do chatki, która miała stać się naszym domem na nastęnych parę dni. Chatka była malutka (przypominała nieco mój ulubiony domek Brda – o koszmarach związanych z grzybobraniem nad Zalewem Koronowskim opowiem przy innej okazji), lecz oczywiście starczyło w niej miejsca na, nieco zatęchłą, fińską saunę. Zdziwiła mnie panująca wewnątrz temperatura (gorąco!). Okazało się, że okna w starych lapońskich domach mają nie dwu, a czteroskrzydłowe okna, zapewniające bardzo dobrą izolację. Odbyło się losowanie, w wyniku którego Michał i Saija zajęli królewską sypialnię, a nam została antresola (na zdjęciu), jednak wcale nie narzekaliśmy.

Chatka

Następnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę w góry w okolicach Pallas, W RAKIETACH ŚNIEŻNYCH!!!. Nigdy wcześniej nie widziałam takiego sprzętu! Co prawda nie wyglądają (już) wcale jak rakiety do tenisa, ale i tak czułam się jak bohater kreskówki (na przykład jeden z siostrzeńców Kaczora Donalda). Współczesne rakiety śnieżne wyglądają tak:

Współczesne rakiety śnieżne

Postanowiliśmy wdrapać się na szczyt pobliskiej góry, niestety za każdym razem, gdy wydawało się nam, że na niego wchodzimy, zza domniemanego “szczytu” wyłaniał się kolejny, wyższy. Zawróciliśmy, gdy skończyły się nam zapasy czekolady i opróżniliśmy termos zawierający kakao z likierem Minttu.

Dzień później zażyliśmy tradycyjnej fińskiej sauny dymnej i poznaliśmy prawdziwe znaczenie słowa Sisu (wewnętrzna siła, wytrwałość, nieustępliwość). Po lekturze programu wycieczki (tak, M i S przygotowali program) obawialiśmy się tego dnia, ponieważ miał on obejmować “saunę dymną oraz pływanie w przeręblu w Jerisjärvi”. Nie potrafiłam samodzielnie ocenić, czy ten element ma być żartem, czy nie… Okazało się, że nie był to żart, lecz wyzwanie. Każdy z nas w końcu to zrobił, pierwszy raz w życiu, wliczając w to Saiję! (No dobra, może nie było to pływanie, ale nawet puściłam na chwilę drabinkę). Istnieje zdjęcie, które udowadnia mój wyczyn, jednak nie jest ono zbyt korzystne, więc pozwolę sobie je tu pominąć. Najgorszą składową całego doświadczenia była grupa młodych turystów, którzy nagrzali saunę do niewyobrażalnego i nieznośnego poziomu, zamierzając wybiec z niej i skoczyć na bombę do jeziora. Kiedy ktoś zwrócił im uwagę, że potencjalnie nie jest to najbezpieczniejszy z pomysłów, odparli, że nie będą słuchać “gejowych porad”. Pomyślałam, że jeśli któryś z nich dozna szoku termicznego i umrze, inni raczej nie wrócą do sauny, dlatego postanowiłam nie wtrącać się w ich plany.

Jeszcze później wybraliśmy się na narty-biegówki. Było to pierwsze w moim życiu podejście do tego sportu, przez co zaliczyłam około dziesięciu upadków, dodając nowe odcienie do palety barw na moim kolanie (to pamiątka po imprezie pożegnalnej koleżanki – w szpitalu zrobili mi cztery zdjęcia rentgenowskie). Ale było warto! Podczas szusowania po zamarzniętej rzece przecięliśmy super-tajną trasę zimowych testów audi, ale akurat nie przejeżdżał nią żaden zakamuflowany samochód.

Kolejne odkrycie – Nokia produkuje opony! Te stosowane zimą w Finlandii są nabite metalowymi ćwiekami i są niesamowicie skuteczne. Jeździliśmy po śniegu, lodzie i górskich drogach, przypominających trasy narciarskie – zaliczyliśmy tylko jeden poślizg, wpadając w śnieżną koleinę podczas wyprzedzania innego auta. Bardzo podoba mi się to, że, inaczej niż w Polsce, na północy Finlandii śnieg nie jest usuwany z dróg za pomocą soli. Pługi odgarniają miękki puch, a to, co zostaje, jest jedynie posypywane piaskiem. Wygląda to o wiele lepiej, no i nie niszczy roślin (ani butów). Nie mówiąc już o kubkach smakowych polskich konsumentów.

Jeden dzień Dawid i ja spędziliśmy, robiąc zakupy w Levi – kurorcie narciarskim i (co potwierdza również widziany przez nas niedawno film “Lapońska odyseja”) fińskiej stolicy ponarciarskiego seksu.

Wreszcie, wybraliśmy się także na szwedzką stronę, gdzie odbyliśmy trzygodzinną przejażdżkę na skuterach śnieżnych. Oczywiście, udało mi się spaść z takiego już po pierwszych stu metrach, gdy próbowałam, zgodnie z zaleceniem, wykonać zakręt pod kątem prostym jednocześnie podjeżdżając pod wielką zaspę (aby zjechać z drogi do lasu). Zaufałam tej wielkiej maszynie dopiero po jakichś dwóch godzinach :) Ale było świetnie. Jechaliśmy przez las, mijaliśmy farmę z psami do ciągnięcia sań, a nawet rozpędziliśmy się do 70 km/h na zamarzniętej rzece. Niepokoił mnie fakt, że lód ewidentnie pod nami pękał, ale zostałam zapewniona, że to tylko jedna z wielu warstw. O dziwo, ta przejażdżka była jedyną czynnością podczas całej wyprawy, przy której nabawiłam się zakwasów (w rękach i nogach).

Mój mąż, Czarny Stig skuterów śnieżnych

Po powrocie do bazy i zdaniu skuterów zorientowaliśmy się, że większość dostępnego w hotelowym barze alkoholu pochodzi z Czech. Okazało się, że po szwedzkiej stronie granicy działa tajne centrum zimowego testowania Skody :)

Wioskę Świętego Mikołaja w Rovaniemi wolę pominąć litościwym milczeniem.

Następnie wrócilismy do Oulu, gdzie M i S odebrali z psiego hotelu Vivi, pięknego młodego dalmatyńczyka, którego słynny uśmiech na szczęście został mi oszczędzony (sprawdziłam później w sieci jak to wygląda, KOSZMAR!). Rano spacer, kawa, spotkanie z Mikko, którego nie widziałam od kilku lat (ostatni raz na którymś Open’erze). Swoją drogą, w tym roku na pewno nie przegapię festiwalu, skoro przyjeżdża na niego Bat for Lashes!!! W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na noc w Helsinkach, u Wąglika, który zabrał nas do nepalskiej restauracji, gdzie do 2 kg zdobytych w Laponii dołożyłam jeszcze dobre pół.

W samolocie planowałam napisać list do koleżanki (jestem w stanie zrobić tam wszystko, żeby odciągnąć swoje myśli od faktu znajdowania się parę kilometrów nad ziemią), okazało się jednak, że pogubiłam zabrane na tę okazję z Polski kartki. Kupiłam na lotnisku brytyjski Vouge i pisałam na wydartych z niego kartkach – myślę, że nikt jeszcze nie zamienił Vogue w coś tak niechlujnego.

Do domu dotarliśmy kompletnie spłukani (mimo że M i S nie pozwolili nam zapłacić za paliwo ani wynajem domku), ale szczęśliwi.

Pallas. Tego akurat nie próbowaliśmy - narciarze byli w stanie jechać pod górkę!

Dodatek kulturalny
Wyjazd do Laponii charakteryzowała piękna równowaga w ilości aktywnego wypoczynku i leniwej zamuły. Okazało się to dla mnie zbawienne również dlatego, że po raz pierwszy od tygodni (jeśli nie miesięcy) znalazłam czas na przeczytanie POWIEŚCI – nie informatycznej cegły, nie podręcznika do lingwistyki – a czytanie powieści to jeden z pięciu powodów, dla których warto żyć! (według Justyny). Była to najnowsza książka uhonorowanego ostatnio Noblem Mario Vargasa Llosy Marzenie Celta. Doskonała! Wciągająca, mroczna, dziwnie erotyczna… I, jak się okazało, oparta na życiu rzeczywistej postaci. Wstyd przyznać, ale zrozumiałam to dopiero na ostatnich stronach. No cóż, człowiek uczy się całe życie… Dzięki tej lekturze nabrałam apetytu (o ile to sformułowanie jest tu na miejscu) na Jądro ciemności Conrada, ponieważ ten z kolei pisarz pojawia się w książce jako jeden z pobocznych bohaterów. Wada ukryta Pynchona musi poczekać.

Na swoją obronę dodam jednak, że nie tak znowu dawno czytałam naprawdę niezłą fińską powieść Fantastyczne samobójstwo zbiorowe (Arto Paasilinna). Wydaje mi się, co prawda, że tłumaczenie mogłoby być lepsze, no ale jak mam to sprawdzić? :) Może oryginalny tekst też jest momentami niezgrabny. Wycieczka miała zresztą pewien bonus literacki – jadąc na skuterach mijaliśmy znak drogowy z napisem “Pajala” (Muzyka pop z Vittuli, polecam z całego serca).

Pewnego wieczoru w chatce obejrzeliśmy jeszcze prawdziwy diament kinematografii fińskiej zatytułowany Rare Exports: A Christmas Tale (Nie-święty Mikołaj, kto to wymyślił?!). W sam raz do obejrzenia w Laponii, tuż obok wspomnianej już Lapońskiej odysei. Zorganizowałam nawet wieczór filmowy dla kolegów z pracy, nie mówiąc im, że obiecane przekąski to Super Salmiakki. Na swoje szczęście, przynieśli mnóstwo innych rzeczy.

Tags: , , , , , ,

Najnowsze wiadomości – krótko o tym, co się u mnie dzieje

25 Mar

(click here for English version of this post: Recent News – Quickly)

Rura znika z mojej piwnicy!

Co chwilę ktoś pyta mnie o dalszy ciąg historii z rurą.  Najważniejsza wiadomość jest taka:

Sąsiad usunął rurę!

Powiedziałam mu, że jak gdy ją zdejmie, możemy usiąść i porozmawiać o tym, czy i na jakich warunkach zgodzę się na umieszczenie czegokolwiek w mojej piwnicy. Początkowo próbował przekonać mnie, że w takim razie najlepiej będzie, jeśli rura zostanie tam do czasu rozmowy, skoro może się okazać, że obecne jej położenie jest optymalne… Wyjaśniłam, że chodzi o walor pedagogiczny. Rura zniknęła.

Zaległe tłumaczenia postów pojawią się wkrótce

W tej chwili na blogu znajdują się dwa posty bez tłumaczeń:

Oba tłumaczenia powinny pojawić się w nadchodzącym tygodniu.

Najfajniejsza konferencja o Javie wraca do Poznania

Zostałam zaproszona do wsparcia organizacji konferencji GeeCON. Od czasu do czasu będę publikować coś na konferencyjnym blogu, kopiując swoje wpisy także tutaj. Oznacza to (między innymi), że na tym blogu pojawi się trochę więcej tekstów technicznych. Czy ktoś jeszcze pamięta, że zajmuję się programowaniem? :)

GirlLostInIT na Twitterze

Utworzyłam (w końcu?) konto na Twitterze. Na razie nie bardzo umiem z niego korzystać ;) Podłączę je do tego bloga. Możesz mnie obserwować (chociaż na razie panuje tam martwa cisza) jako girllostinit.

Widzimy się niebawem!

Tags: , ,

Recent News – Quickly

25 Mar

(po polsku: Najnowsze wiadomości – krótko o tym, co się u mnie dzieje)

Pipe removed from my cellar

I get asked about it a lot, so here is the most important piece of information:

My neighbour removed the pipe (see the full pipe story here).

I told him that when it is gone, we can sit down and talk about his request as if the situation had never happened. His first reaction was to suggest we talk without removing the pipe, but I explained it is an educational thing, and he complied.

Post translations to come soon

There are two posts on this blog that are missing a translation.

Both are coming next week.

Cool Java conference to be held in Poznań again

I was invited to join the GeeCON  team to help with organising the conference. I will post on their blog from time to time, also copying my posts here. Among other things, it means more technical posts on this blog (good thing).

GirlLostInIT joins Twitter

I have (finally?) created a Twitter account. I am not sure how to use it though… ;) I am connecting it to this blog. You can follow me (though there is nothing there yet) as girllostinit.

See you soon!

Tags: , ,

Follow

Get every new post delivered to your Inbox.