Ten wpis to dość mocno opóźnione tłumaczenie SISU!!! (the Lappish Adventure) z 16. marca. Z tłumaczeniami w drugą stronę też się nieco spóźniam, ale wygląda na to, że będę mieć znacznie więcej wolnego czasu niż wcześniej (chociaż kalendarz na przyszły tydzień obejmuje święta, dwa koncerty i jeden spektakl
), więc wkrótce powinnam wyjść na prostą.
Jeśli ktoś czytał już wersję angielską i łaknie nowości – w międzyczasie popełniłam polityczny manifest (na zamówienie
) na blogu konferencji GeeCON. Większość postów, które tam trafią, pojawi się też tutaj, ale ten jest na tyle bliski idei z mojego pierwszego posta, a z drugiej strony na tyle bezpośrednio związany z konferencją, że ograniczę się do wstawienia linku.
Na początku marca skorzystałam z (będącego właściwie prezentem ślubnym) zaproszenia przyjaciół i wybrałam się na wakacje do Laponii. Po dłuższym namyśle postanowiłam z tej okazji stworzyć pierwszy post w nowej, turystycznej kategorii travel. Nie liczcie na zbyt wiele wpisów z tej dziedziny w najbliższym czasie. Po zamieszaniu z egzaminami i obroną urlop stał się dla mnie towarem jeszcze bardziej deficytowym.
Podróż do Muonio była dość skomplikowana (poniżej trasa w wersji lądowej). Najpierw musieliśmy dostać się pociągiem do Warszawy, potem dolecieć do Helsinek, tam poczekać parę godzin na przesiadkę do Oulu, co pozwoliło Dawidowi na skosztowanie po raz pierwszy mięsa renifera – w formie przeogromnego hamburgera. Potem jadł je jeszcze w następujących daniach: makaron, pizza, poronkäristys, ozory, stek (konserwa leży w lodówce i dopiero czeka na konsumpcję). Na zupę z niedźwiedzia, dostępną w markecie w Oulu, jednak się nie skusił. W Oulu przenocowaliśmy w domu Michała i Saiji, a rano wybraliśmy się na zwiedzanie miasta. W centrum Oulu Dawid zapoznał się ze średnią głębokością północnofińskiego śniegu, kiedy zdecydował się na autorski skrót.
View Larger Map
Około południa ruszyliśmy (jeszcze bardziej) na północ. Dopiero w samym Muonio zdałam sobie sprawę z tego, że Saija oryginalnie stamtąd pochodzi! Od samego początku towarzyszyła nam zorza polarna. Jak tylko wysiedliśmy z samochodu zaczęłam rozstawiać zabrany specjalnie na tę okazję sprzęt, jednak po chwili dotarło do mnie, że niekoniecznie jest to najbardziej grzeczne zachowanie w sytuacji, gdy stoimy pod domem rodziców Saiji, którzy czekają na nas z kolacją. Rzuciłam się zatem do przeszukiwania torby celem wydobycia z jej głębin Uniwersalnych Darów z Polski (wiśniówka + ptasie mleczko). Pomyślałam, że skoro Aurory pojawiły się od razu, będę miała mnóstwo okazji, by sfotografować je w pełnej krasie. Nie pomyliłam się – skubane pojawiały się codziennie… W postaci bladych plam światła za grubymi, zakrywającymi całe niebo chmurami. Jedyne, co mogę zaoferować, to poniższe zdjęcie, na którym widać ślad znikającej już zorzy (swoją drogą, wiedzieliście, że one się ruszają?!).

Bajkowy domek i wspomnienie zorzy polarnej.
Prawdziwa przygoda rozpoczęła się krótko przed wspomnianą kolacją, kiedy przekroczyliśmy koło podbiegunowe. Zrobiłam to w pięknym, klasycznym stylu: chciałam naskoczyć na ziemię tak, by mieć stopy po dwóch różnych stronach równoleżnika. Niestety, mojej uwadze umknął fakt oblodzenia powierzchni, więc ostatecznie przekroczyłam magiczną linię pięknym ślizgiem na swojej pupie.
Po kolacji udaliśmy się do chatki, która miała stać się naszym domem na nastęnych parę dni. Chatka była malutka (przypominała nieco mój ulubiony domek Brda – o koszmarach związanych z grzybobraniem nad Zalewem Koronowskim opowiem przy innej okazji), lecz oczywiście starczyło w niej miejsca na, nieco zatęchłą, fińską saunę. Zdziwiła mnie panująca wewnątrz temperatura (gorąco!). Okazało się, że okna w starych lapońskich domach mają nie dwu, a czteroskrzydłowe okna, zapewniające bardzo dobrą izolację. Odbyło się losowanie, w wyniku którego Michał i Saija zajęli królewską sypialnię, a nam została antresola (na zdjęciu), jednak wcale nie narzekaliśmy.

Chatka
Następnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę w góry w okolicach Pallas, W RAKIETACH ŚNIEŻNYCH!!!. Nigdy wcześniej nie widziałam takiego sprzętu! Co prawda nie wyglądają (już) wcale jak rakiety do tenisa, ale i tak czułam się jak bohater kreskówki (na przykład jeden z siostrzeńców Kaczora Donalda). Współczesne rakiety śnieżne wyglądają tak:

Współczesne rakiety śnieżne
Postanowiliśmy wdrapać się na szczyt pobliskiej góry, niestety za każdym razem, gdy wydawało się nam, że na niego wchodzimy, zza domniemanego “szczytu” wyłaniał się kolejny, wyższy. Zawróciliśmy, gdy skończyły się nam zapasy czekolady i opróżniliśmy termos zawierający kakao z likierem Minttu.
Dzień później zażyliśmy tradycyjnej fińskiej sauny dymnej i poznaliśmy prawdziwe znaczenie słowa Sisu (wewnętrzna siła, wytrwałość, nieustępliwość). Po lekturze programu wycieczki (tak, M i S przygotowali program) obawialiśmy się tego dnia, ponieważ miał on obejmować “saunę dymną oraz pływanie w przeręblu w Jerisjärvi”. Nie potrafiłam samodzielnie ocenić, czy ten element ma być żartem, czy nie… Okazało się, że nie był to żart, lecz wyzwanie. Każdy z nas w końcu to zrobił, pierwszy raz w życiu, wliczając w to Saiję! (No dobra, może nie było to pływanie, ale nawet puściłam na chwilę drabinkę). Istnieje zdjęcie, które udowadnia mój wyczyn, jednak nie jest ono zbyt korzystne, więc pozwolę sobie je tu pominąć. Najgorszą składową całego doświadczenia była grupa młodych turystów, którzy nagrzali saunę do niewyobrażalnego i nieznośnego poziomu, zamierzając wybiec z niej i skoczyć na bombę do jeziora. Kiedy ktoś zwrócił im uwagę, że potencjalnie nie jest to najbezpieczniejszy z pomysłów, odparli, że nie będą słuchać “gejowych porad”. Pomyślałam, że jeśli któryś z nich dozna szoku termicznego i umrze, inni raczej nie wrócą do sauny, dlatego postanowiłam nie wtrącać się w ich plany.
Jeszcze później wybraliśmy się na narty-biegówki. Było to pierwsze w moim życiu podejście do tego sportu, przez co zaliczyłam około dziesięciu upadków, dodając nowe odcienie do palety barw na moim kolanie (to pamiątka po imprezie pożegnalnej koleżanki – w szpitalu zrobili mi cztery zdjęcia rentgenowskie). Ale było warto! Podczas szusowania po zamarzniętej rzece przecięliśmy super-tajną trasę zimowych testów audi, ale akurat nie przejeżdżał nią żaden zakamuflowany samochód.
Kolejne odkrycie – Nokia produkuje opony! Te stosowane zimą w Finlandii są nabite metalowymi ćwiekami i są niesamowicie skuteczne. Jeździliśmy po śniegu, lodzie i górskich drogach, przypominających trasy narciarskie – zaliczyliśmy tylko jeden poślizg, wpadając w śnieżną koleinę podczas wyprzedzania innego auta. Bardzo podoba mi się to, że, inaczej niż w Polsce, na północy Finlandii śnieg nie jest usuwany z dróg za pomocą soli. Pługi odgarniają miękki puch, a to, co zostaje, jest jedynie posypywane piaskiem. Wygląda to o wiele lepiej, no i nie niszczy roślin (ani butów). Nie mówiąc już o kubkach smakowych polskich konsumentów.
Jeden dzień Dawid i ja spędziliśmy, robiąc zakupy w Levi – kurorcie narciarskim i (co potwierdza również widziany przez nas niedawno film “Lapońska odyseja”) fińskiej stolicy ponarciarskiego seksu.
Wreszcie, wybraliśmy się także na szwedzką stronę, gdzie odbyliśmy trzygodzinną przejażdżkę na skuterach śnieżnych. Oczywiście, udało mi się spaść z takiego już po pierwszych stu metrach, gdy próbowałam, zgodnie z zaleceniem, wykonać zakręt pod kątem prostym jednocześnie podjeżdżając pod wielką zaspę (aby zjechać z drogi do lasu). Zaufałam tej wielkiej maszynie dopiero po jakichś dwóch godzinach
Ale było świetnie. Jechaliśmy przez las, mijaliśmy farmę z psami do ciągnięcia sań, a nawet rozpędziliśmy się do 70 km/h na zamarzniętej rzece. Niepokoił mnie fakt, że lód ewidentnie pod nami pękał, ale zostałam zapewniona, że to tylko jedna z wielu warstw. O dziwo, ta przejażdżka była jedyną czynnością podczas całej wyprawy, przy której nabawiłam się zakwasów (w rękach i nogach).

Mój mąż, Czarny Stig skuterów śnieżnych
Po powrocie do bazy i zdaniu skuterów zorientowaliśmy się, że większość dostępnego w hotelowym barze alkoholu pochodzi z Czech. Okazało się, że po szwedzkiej stronie granicy działa tajne centrum zimowego testowania Skody
Wioskę Świętego Mikołaja w Rovaniemi wolę pominąć litościwym milczeniem.
Następnie wrócilismy do Oulu, gdzie M i S odebrali z psiego hotelu Vivi, pięknego młodego dalmatyńczyka, którego słynny uśmiech na szczęście został mi oszczędzony (sprawdziłam później w sieci jak to wygląda, KOSZMAR!). Rano spacer, kawa, spotkanie z Mikko, którego nie widziałam od kilku lat (ostatni raz na którymś Open’erze). Swoją drogą, w tym roku na pewno nie przegapię festiwalu, skoro przyjeżdża na niego Bat for Lashes!!! W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na noc w Helsinkach, u Wąglika, który zabrał nas do nepalskiej restauracji, gdzie do 2 kg zdobytych w Laponii dołożyłam jeszcze dobre pół.
W samolocie planowałam napisać list do koleżanki (jestem w stanie zrobić tam wszystko, żeby odciągnąć swoje myśli od faktu znajdowania się parę kilometrów nad ziemią), okazało się jednak, że pogubiłam zabrane na tę okazję z Polski kartki. Kupiłam na lotnisku brytyjski Vouge i pisałam na wydartych z niego kartkach – myślę, że nikt jeszcze nie zamienił Vogue w coś tak niechlujnego.
Do domu dotarliśmy kompletnie spłukani (mimo że M i S nie pozwolili nam zapłacić za paliwo ani wynajem domku), ale szczęśliwi.

Pallas. Tego akurat nie próbowaliśmy - narciarze byli w stanie jechać pod górkę!
Dodatek kulturalny
Wyjazd do Laponii charakteryzowała piękna równowaga w ilości aktywnego wypoczynku i leniwej zamuły. Okazało się to dla mnie zbawienne również dlatego, że po raz pierwszy od tygodni (jeśli nie miesięcy) znalazłam czas na przeczytanie POWIEŚCI – nie informatycznej cegły, nie podręcznika do lingwistyki – a czytanie powieści to jeden z pięciu powodów, dla których warto żyć! (według Justyny). Była to najnowsza książka uhonorowanego ostatnio Noblem Mario Vargasa Llosy Marzenie Celta. Doskonała! Wciągająca, mroczna, dziwnie erotyczna… I, jak się okazało, oparta na życiu rzeczywistej postaci. Wstyd przyznać, ale zrozumiałam to dopiero na ostatnich stronach. No cóż, człowiek uczy się całe życie… Dzięki tej lekturze nabrałam apetytu (o ile to sformułowanie jest tu na miejscu) na Jądro ciemności Conrada, ponieważ ten z kolei pisarz pojawia się w książce jako jeden z pobocznych bohaterów. Wada ukryta Pynchona musi poczekać.
Na swoją obronę dodam jednak, że nie tak znowu dawno czytałam naprawdę niezłą fińską powieść Fantastyczne samobójstwo zbiorowe (Arto Paasilinna). Wydaje mi się, co prawda, że tłumaczenie mogłoby być lepsze, no ale jak mam to sprawdzić?
Może oryginalny tekst też jest momentami niezgrabny. Wycieczka miała zresztą pewien bonus literacki – jadąc na skuterach mijaliśmy znak drogowy z napisem “Pajala” (Muzyka pop z Vittuli, polecam z całego serca).
Pewnego wieczoru w chatce obejrzeliśmy jeszcze prawdziwy diament kinematografii fińskiej zatytułowany Rare Exports: A Christmas Tale (Nie-święty Mikołaj, kto to wymyślił?!). W sam raz do obejrzenia w Laponii, tuż obok wspomnianej już Lapońskiej odysei. Zorganizowałam nawet wieczór filmowy dla kolegów z pracy, nie mówiąc im, że obiecane przekąski to Super Salmiakki. Na swoje szczęście, przynieśli mnóstwo innych rzeczy.
Tags: Finlandia, Laponia, Mario Vargas LLosa, Rare Exports, sauna, sisu, skuter śnieżny